Było to magiczne miejsce, ciche i prawie odludne. Gospodarstwo ciotki Genowefy właśnie takie było. Na głównym podwórzu, w otoczeniu zielonych łąk i pól, stał stary, drewniany, czerwony domek, parterowy z poddaszem. W pobliżu była odkryta studnia z żurawiem.
Poza tym ciocia miała dwa ogródki i trzy pola o powierzchni sześciu hektarów. Na jednym z nich rosło żyto, na kolejnym kukurydza. Trzecie pole było pastwiskiem dla krów, świnek, kur i gęsi. Każde z nich było oddzielone drewnianym płotkiem.
Koło domu miała sad z drzewami owocowymi. Na terenie głównego podwórka była jeszcze stodoła i chlew. Jej pola graniczyły z lasem, którym można było dojść do jeziora.
W tym roku ciotka Genowefa pojechała do Mikołajek, aby odebrać swoich siostrzeńców, Marcina i Maksymiliana. Chłopcy, w wieku jedenastu lat, przyjechali autokarem z Warszawy. Ciocia przyjechała po nich samochodem, fiatem 125p. Bez problemu ich zauważyła, gdyż byli jedynymi osobami, które siedziały na ławce przystankowej. Mieli przy sobie dwie duże torby podróżne.
– Miło was widzieć siostrzeńcy – powiedziała ciocia, która podeszła do przystanku.
– Dzień dobry ciociu – odpowiedział Maks.
Marcin się nie odezwał, ponieważ był bardzo nieśmiały.
Ciocia z chłopcami wsiedli do samochodu i ruszyli. Wyjechali z Mikołajek i skierowali się w stronę posiadłości ciotki.
Przez pięć kilometrów droga była asfaltowa, a potem jechali żwirową. Samochód zwolnił do czterdziestu kilometrów na godzinę. Za oknami nie widać było żadnych domów. Maks pomyślał, że jadą na zupełne odludzie. Wcale się nie pomylił.
Wkrótce byli już przed domem ciotki. Wysiedli z samochodu i zobaczyli starszego mężczyznę z siwymi włosami. Miał na sobie kalosze, robocze spodnie i szarą podkoszulkę.
– To wy jesteście tymi bliźniakami z Warszawy. W końcu was widzę – rzekł i podał im rękę.
Maks uścisnął jego rękę mocno, a jego brat delikatnie i spuścił wzrok do dołu. Potem chłopcy wzięli swoje torby. Mężczyzna chciał im pomóc, jednak Maks stanowczo powiedział, że dadzą sobie radę.
Mąż Genowefy zaprowadził ich do domu. Weszli na werandę i przekroczyli próg domu. Weszli na górę po drewnianych schodach. Przeszli krótkim korytarzem i dotarli do gościnnego pokoju. Drzwi były otwarte na całą szerokość.
– To będzie wasz pokój na czas pobytu u nas – rzekł wujek.
Pokój był niewielki z wysokim oknem na środku ściany. Po jednej stronie stały dwa łóżka, a po drugiej szafa. Okrągły stół był przy samym oknie. Swoje bagaże zostawili pod szafą. Wyjrzeli przez okno. Widok rozciągał się na pobliski lasek oraz jezioro.
O godzinie osiemnastej, wszyscy usiedli do kolacji. Ciocia ugotowała gulasz z wołowiny razem z kaszą jęczmienną. Chłopcom danie bardzo smakowało. Nawet Marcin powiedział na głos, że jest przepyszne.
Po zachodzie słońca chłopcy postanowili pójść na spacer. Przeszli przez podwórze, wyszli przez otwartą bramę i skierowali się do lasu. Nie był on duży, bo w oddali widzieli światło i przestrzeń. Rosły w nim mieszane drzewa, głównie sosny, brzozy i świerki. Poruszanie się w nim nie było łatwe. Marcin spostrzegł mrowisko. Stanęli przy nim i patrzyli na pracujące mrówki. Nagle za krzakami, zobaczyli niewielkie zwierzę. Było całe rude z puszystym, długim ogonem. Lis poszedł dalej, a chłopcy wrócili do domu. Potem poszli spać. Jak na pierwszy dzień, mieli dużo wrażeń.
Następnego ranka do gospodarstwa przyjechał gość. Był to Radek, starszy brat ciotki Genowefy. Był wysokim mężczyzną o masywnej budowie ciała. Na prawym ramieniu miał niedługą bliznę. Ubrany był w stare czarne dżinsy i szarą kurtkę. Jego wyraz twarzy był zawsze bardzo poważny. Przez cały czas nosił okulary przeciwsłoneczne, mimo że niebo było zachmurzone. Cicho wszedł do domu, gdzie zobaczył się z siostrą.
– Radku! Jak dawno cię tutaj nie było – powiedziała zaskoczona jego nagłą wizytą.
– Byłem bardzo zajęty – odparł szorstko.
Właśnie w tej chwili, na dół zeszli chłopcy. Radek spojrzał na nich wilczym wzrokiem.
– A kim oni są? – zapytał.
– To dzieci naszej siostry, Asi.
Radek podszedł do nich i wysunął rękę w kierunku Marcina. Ten podał ją nieśmiało, a uścisk Radka był tak mocny, że na twarzy chłopca pojawiły się krople potu, a ręka się zaczerwieniła. Okazało się, że ręki nie podał Maksowi. Chłopiec odetchnął z ulgą, widząc ból swojego brata. Ten wujek wcale mu się nie podobał.
Wkrótce chłopcy poszli pobawić się na pole, a Radek stanął przy płocie i patrzył przed siebie. Po chwili przyszła jego siostra.
– Kto po tobie dziedziczy tę ziemię? – spytał nagle.
– Moi siostrzeńcy, którzy tu teraz są. Mój syn jest od dawna za granicą, ty nie masz dzieci, więc najlepszym rozwiązaniem będzie przepisać im te gospodarstwo!
Radek słuchał uważnie, ale tym co usłyszał nie był zachwycony. Bez słowa poszedł do domu i przez cały wieczór siedział zamyślony w swoim pokoju.
Następnego ranka, zaszedł do pokoju chłopców, którzy jeszcze spali.
– Wstawajcie. Pojedziemy na wycieczkę! – rzekł energicznie.
Bracia, jeszcze zaspani, wstali z łóżek. Założyli letnie ubrania.
– Chodźcie cicho, aby nie obudzić cioci – rzekł.
– Ale gdzie jedziemy? – spytał Maks.
– To niespodzianka. Bardzo wam się spodoba.
– Tylko musimy zawiadomić ciotkę. Zmartwi się, gdy wstanie i nas nie będzie! – mówił Maks, a Marcin przytaknął.
– Zostawię jej wiadomość na kartce, a teraz idźcie do samochodu – ponaglał Radek.
Jednak wcale nie zostawił tej kartki.
Wkrótce pojechali wąskimi, piaszczystymi drogami do puszczy. Maksa zaczęły ogarniać złe przeczucia. Radek przez cały czas, miał na nosie ciemne okulary. Po godzinnej jeździe. Radek zatrzymał samochód.
– Chodźcie. Tutaj niedaleko jest pełno grzybów, oraz pysznych owoców – rzekł twardo. – Zrobimy cioci niespodziankę. Nazbieramy tego dużo.
Cała trójka wysiadła z samochodu. Radek wziął wiklinowy kosz. Przeszli po wilgotnym mchu, który świeżo pachniał. Pierwsze promienie słońca oświetliły drzewa gęstego boru.
Radek czekał na odpowiedni moment. Chłopcy uważnie rozglądali się za grzybami. Wtedy mężczyzna ukradkiem zaczął wycofywać się. Cichutko dotarł do samochodu, ale niewiele brakowało, a straciłby orientację w terenie. W tej puszczy można łatwo się zgubić. Od dawna tutaj nie był.
Rozejrzał się, a chłopców już nie widział. Wsiadł do auta i pomalutku odjeżdżał. Zostawił chłopców w głębi dzikiego lasu.
Minęła pierwsza godzina, potem druga, a bracia nie mogli znaleźć wyjścia z lasu. Doszli nad niewielkie jeziorko. Było okrągłe, a woda błękitna. Marcin zamoczył ręce w wodzie. Była bardzo zimna. Chłopcy podeszli pod wysoki dąb i usiedli, aby odpocząć. Każdy z nich zaczął być głodny. Wyjechali z domu w takim pośpiechu, że nie wzięli nawet kromki chleba.
Jednak szybko zapomnieli o głodzie, gdyż usłyszeli, jak coś porusza się w krzakach. Serca zaczęły bić im coraz mocniej. Siedzieli jak sparaliżowani, nie wykonując żadnych ruchów. Wyglądali jak posągi. Spostrzegli zwierzę o szarym futrze. Widzieli, jak węszyło. Wilk był już kilkadziesiąt metrów od nich. Zbliżał się coraz bardziej. Chłopcy wyobrażali sobie, że wkrótce mogą stać się jego pożywieniem, jak Czerwony Kapturek. Obaj już kilkakrotnie oglądali tę bajkę.
Jednak z zarośli wyskoczyła sarenka, a wilk ruszył w jej stronę. Gdy pobiegł za sarną, obaj poczuli ogromną ulgę i powoli wracał im oddech.
Po godzinnym odpoczynku chłopcy ruszyli dalej. Zaczęły ich boleć nogi i łapać skurcze. Obaj zdali sobie sprawę, że zabłądzili. Tylko las i las. Ciągle nie widzieli wolnej przestrzeni. Wkrótce dotarli nad jezioro dużo większe, niż poprzednie. Bardzo się ucieszyli. W trzcinach zobaczyli pojedynczy kajak. Poczuli nadzieję na wydostanie się z puszczy. Marcin wszedł do kajaka i usiadł z przodu. Maks zdjął buty i skarpetki, wszedł do zimnej wody i odepchnął kajak od brzegu, a potem wskoczył do niego. Wiosło leżało z prawej strony. Od razu zostało użyte.
Woda jeziora była spokojna. Coraz bardziej oddalali się od brzegu. Pod wodą rosły wodorosty i co jakiś czas przepływały pojedyncze ryby. Płynęli dalej przez jezioro.
– Spójrz tam! –zawołał Marcin.
Maks spojrzał we wskazanym kierunku.
Chłopcy zbliżyli się do wyspy. Podpłynęli do jej brzegu, wyskoczyli z kajaka i poszli w jej głąb. Słyszeli krakanie wron i śpiew ptaków.
– Hej!!! – echo Maksa odbijało się od leśnych drzew.
– I tak nas tutaj nikt nie usłyszy – rzekł Marcin.
Brat przyznał mu rację. Poszli dalej w gęste krzaki. Od ostrych gałązek ich ubrania były porozdzierane, a na skórze pojawiły się czerwone zadrapania.
Wyszli na łagodną polanę. Poza zieloną trawą, nie było tu niczego innego. Byli już bardzo głodni. Aby nie myśleć o jedzeniu, przyspieszyli kroku. Nagle zobaczyli mały, drewniany domek. Przed jego wejściem, znajdował się ganek. Szybko do niego podbiegli. Był to stary dom z odpadającymi okiennicami.
Deski, które stanowiły podłogę ganku, skrzypiały i uginały się pod ich ciężarem. Chłopcy myśleli, że zaraz pękną, więc poruszali się bardzo powoli. Po chwili byli przed drewnianymi drzwiami. Maks zapukał. Nikt nie otwierał, więc czynność powtórzył. Nadal nikogo nie było. Chłopiec nacisnął klamkę, a drzwi się uchyliły.
– Pewnie nikt w niej nie mieszka – rzekł Maks. – Zobaczymy chociaż, co jest w środku.
Marcin potwierdził i razem przekroczyli próg domu. Stały tam stare szafy, a ścianach wisiały dwa obrazy, przedstawiające konie. Dalej zobaczyli kamienny, węglowy piec, taki sam, jaki widzieli u ciotki Genowefy. Pod oknem, stała zakurzona wersalka, przykryta kocem. Chłopcy poczuli się bardzo senni i zmęczeni. Nawet zapomnieli o głodzie. Położyli się na wersalce obok siebie i po chwili zasnęli.
Marcin obudził się nad ranem. Podniósł głowę i rozejrzał się po ciemnym jeszcze pokoju. Przez chwilę nie wiedział, gdzie jest, ale po chwili przypomniał sobie, jak trafili tu z Maksem. Brat spał obok jak zabity. Nagle usłyszał zbliżające się kroki. Dochodziły z zewnątrz. Po chwili w przedsionku zapaliło się światło. Marcin zobaczył wysokiego mężczyznę, który był wyraźnie zaskoczony wizytą dzieci.
– Co wy tu robicie w moim domu? – spytał grubym głosem.
Maks obudził się i krzyknął ze strachu na widok nieznajomego mężczyzny.
– Myśleliśmy, że nikt tu nie mieszka. Przepraszamy bardzo – rzekł Maks, któremu sen całkowicie minął.
– Ale ja się nie gniewam. Zaskoczyliście mnie bardzo. Nie miałem gościa od wielu lat – powiedział mężczyzna delikatniejszym i spokojniejszym głosem.
– Po prostu zgubiliśmy się w lesie i trafiliśmy tutaj przypadkiem – dodał Marcin.
Chłopcy opowiedzieli mu swoją historię, jak to ich wuj zabrał ich na wycieczkę, a potem uciekł.
– Skąd jesteście chłopcy?
– Przyjechaliśmy z Warszawy do cioci. Mieszka w dużym gospodarstwie obok Mikołajek – mówił Maks.
Mężczyzna bardzo im współczuł. Zaproponował śniadanie, na co chłopcy zareagowali radością. Wszyscy zjedli chleb ze smalcem.
– To po śniadaniu odprowadzę was do miasta. Pewnie wasza ciotka bardzo się zamartwia.
– Ja chcę wracać do domu! – rzekł Marcin, który najadł się do syta.
Po niespełna godzinie cała trójka wyszła do lasu. Bracia czuli się dobrze w towarzystwie leśniczego. Prowadził ich nietypowymi ścieżkami, aż dotarli do asfaltowej drogi. Teraz mieli prostą drogę do Mikołajek.
Przez pół godziny drogi nie przejeżdżał tędy żaden samochód. Jednak mimo bólu nóg, chłopcy chcieli jak najszybciej spotkać się z ciocią.
W pewnej chwili, zupełnie niespodziewanie nadjechał samochód. Był to patrol policyjny. Leśniczy zaczął machać, aby się zatrzymał. I tak się stało. Po chwili z samochodu wysiadła ciotka Genowefa.
– Ciociu! – krzyknął uradowany Maks i podbiegł do kobiety, przytulając się do niej.
– W takim razie już nie jestem potrzebny. Chłopcy są bezpieczni – rzekł leśniczy.
– Dziękuję panu za opiekę nad siostrzeńcami – powiedziała Genowefa.- A Radek też nagle zniknął.
– To on ich zawiózł do lasu, a potem zostawił – rzekł leśniczy.
– Czy to prawda? – spytała ciotka braci.
Chłopcy potwierdzili skinieniem głowy.
– A nie przeczytałaś wiadomości? Wujek Radek powiedział, że zostawił kartkę na stole, że zabiera nas na wycieczkę – mówił Maks.
– Nie, nic nie wiedziałam o jego planach.
– Wygląda na to, że pan Radosław zaplanował wszystko, uprowadzenie i porzucenie dzieci – wtrącił się policjant. – Teraz zajmiemy się jego poszukiwaniem.
– Chcę aby został srogo ukarany – dodała zbulwersowana Genowefa. – Powiedziałam mu, kto dziedziczy moje gospodarstwo. Gdy dowiedział się, że to nie on, potem ze mną nie rozmawiał. Zamknął się sam w pokoju.
– I wymyślił, jak pozbyć się spadkobierców – dodał policjant.- Teraz podwiozę was do Mikołajek, a potem mam robotę.
– Czy pan da się zaprosić na obiad? – spytała Genowefa leśniczego.- Dzięki panu, chłopcy są cali i zdrowi! Chcę jakoś to panu wynagrodzić.
– W porządku. Chętnie przyjmę zaproszenie – rzekł.
Po dwudziestu minutach, byli w już w centrum miasteczka. Stali przy pomniku Króla Sielaw. Policjant wrócił na komendę, aby z kolegami poszukiwać Radosława.
Genowefa z leśniczym i siostrzeńcami, zajęli duży stolik w restauracji przy porcie. Każdy z nich czuł się szczęśliwy. Patrzyli na spokojną wodę jeziora Mikołajskiego, które było częścią szlaku pięknych jezior mazurskich.
Autor: Sokolik