Ciche jezioro – 35

Ciche jezioro drzemało w głębi gęstego lasu. Czasami budziło się i wsłuchiwało w odgłosy puszczy, w rozmowy zwierząt oraz drzew, mchów, grzybów i paproci. Potem znów zasypiało i znów się budziło, żeby sprawdzić, czy tym razem ktoś nie wrzucił do niego lodówki.

Bo, jak się okazuje, to był problem.

Nikt nie wiedział dlaczego, nikt nie wiedział kto, ale od jakiegoś czasu jezioro budziło się i znajdowało w sobie przedmioty, które nie miały prawa się tam znaleźć. Raz była to stara wanna. Innym razem rower, który wciąż miał dzwonek (i o dziwo działał). A najgorszego dnia – tego, o którym wszyscy w lesie mówili szeptem – pojawił się zegarek, który wydawał się odliczać czas do czegoś, czego nikt nie chciał znać.

Dzisiaj, ku absolutnej rozpaczy jeziora, dryfowała w nim lodówka.

– No, to już przesada – mruknęło jezioro, choć nikt nie był pewien, czy jeziora mogą mówić.

Wróżka Leokadia przyleciała na kontrolę i spojrzała na lodówkę z wyrazem absolutnego rozczarowania.

– Sprawdzam. – Uchyliła drzwiczki i… no tak. W środku nie było niczego, poza pojedynczym jogurtem o smaku brukselki.

Nagle… jogurt się poruszył.

Las wstrzymał oddech.

– Leokadio, zamknij to! – zawołało jezioro.

Ale było za późno.

Jogurt zaczął mówić.

– W końcu ktoś mnie znalazł. Teraz mogę dokończyć moje dzieło! – oznajmił tajemniczo.

Wróżka spojrzała na jezioro, jezioro spojrzało na wróżkę, a potem lodówka zamknęła się sama.

I zaczęła płynąć.

Dokąd? Po co? Co knuł jogurt o smaku brukselki?

Nikt nie wiedział.

Ale wszyscy mieli złe przeczucia.

Lodówka unosiła się na powierzchni jeziora z godnością należną tajemniczemu przedmiotowi, który ewidentnie miał własne plany. Las cicho obserwował, wróżka Leokadia próbowała nie myśleć o tym, co się właśnie wydarzyło, a jezioro… cóż, jezioro miało dość.

– Nie powinno tak być – mruknęło.

Ale było.

Lodówka zatrzymała się na środku jeziora, a woda wokół niej zaczęła… bulgotać. Nie jak gotująca się zupa. Nie jak zwykłe fale. To było bulgotanie celowe.

– To się dzieje – oznajmił jogurt o smaku brukselki z wnętrza lodówki.

Jego głos zabrzmiał jakby znał wielką tajemnicę, której nikomu nie zdradzi.

Wróżka podeszła do brzegu i uniosła różdżkę.

– Nie będziemy się na to zgadzać – powiedziała stanowczo.

Jogurt zaśmiał się w sposób, który nie powinien być możliwy dla produktu mlecznego.

– Zbyt późno.

I wtedy… lodówka zanurkowała.

Tak, dobrze czytasz. Lodówka zanurkowała. Jakby była statkiem podwodnym, jakby wiedziała, dokąd zmierza. Zniknęła pod powierzchnią, zostawiając po sobie jedynie kręgi na wodzie i niewypowiedziane pytanie, które unosiło się w powietrzu.

W lesie zapadła cisza. Wróżka Leokadia opuściła różdżkę. Jezioro zrobiło coś, czego jeszcze nigdy nie zrobiło – zadrżało w czystym przerażeniu.

Bo wszyscy wiedzieli jedno.

Lodówka wróci.

I nie wiadomo, co przywiezie ze sobą.

Lodówka zniknęła pod powierzchnią jeziora, ale las wciąż czuł jej obecność. Coś pod wodą szumiało, brzęczało, bulgotało w sposób, który absolutnie nie był naturalny. Wróżka Leokadia wpatrywała się w taflę wody z wyrazem absolutnego rozczarowania, jezioro wzdychało (jeśli jeziora mogą wzdychać), a jogurt o smaku brukselki… cóż, ten najwyraźniej miał plan.

– Nadszedł czas – dobiegł głos z głębin.

Jezioro wzdrygnęło się. Czas na co?

I wtedy… zaczęły wypływać różne rzeczy.

Najpierw widelec. Potem bardzo elegancki kapelusz. Następnie gumowa kaczka, która wydawała się świadoma swojej absurdalności. A potem, niczym ostatni element tajemnicy… kajak w pełni wyposażony w espresso i przekąski.

Leokadia masowała skronie.

– To się dzieje? – mruknęła.

Jezioro nie chciało tego komentować.

Aż w końcu, z wodnej otchłani… lodówka wynurzyła się ponownie. Tym razem otwarta.

I siedziała w niej… postać.

Nie człowiek. Nie zwierzę. Coś pośredniego. Ubrana w szlafrok, trzymała filiżankę herbaty i wyglądała na bardzo zadowoloną.

– W końcu! Czekałem na was! – oznajmił tajemniczy byt. – Ktoś chce herbaty?

Las wstrzymał oddech.

Jezioro miało ochotę się wyparować.

A Leokadia tylko pokręciła głową.

Bo czasem… nie warto zadawać pytań.

Lodówka wciąż unosiła się na jeziorze, a tajemnicza postać w szlafroku poprawiła filiżankę herbaty, jakby wszystko było zupełnie normalne.

Jezioro było w stanie egzystencjalnego kryzysu.

Wróżka Leokadia przestawiła się w tryb „nie mam na to siły”, a las… cóż, las po prostu obserwował.

– Więc? Kto chce herbaty? – zapytała postać w lodówce, unosząc drugi kubek, który materializował się w jej dłoni w sposób, który absolutnie nie miał prawa być logiczny.

Leokadia skrzyżowała ręce.

– Co TY robisz w lodówce?

Postać zerknęła na nią z wyrazem zaskoczenia.

– A gdzie indziej miałbym być?

No tak. Oczywiście. Bez sensu zadawać pytania.

Jezioro zmarszczyło metaforyczne brwi.

– Czy lodówka… ma jakiekolwiek właściwości magiczne? – spytało ostrożnie.

Postać odwróciła się w stronę wnętrza lodówki, jakby dopiero teraz zaczynała rozważać ten absurdalnie logiczny wątek.

– Hm. Może? Czasami robi sobie wycieczki. Ostatnio była na Marsie.

Las, wróżka, jezioro i absolutnie wszystko w promieniu kilku kilometrów właśnie doznało zawrotu głowy.

– Marsie.,, – powtórzyła Leokadia z desperacją.

– Tak! Dobrze się tam mrozi lody! – oznajmiła postać z uśmiechem.

Jezioro chciało się odparować z samej frustracji.

– Jak… jak to w ogóle działa?

Postać wzruszyła ramionami, jakby podróżująca międzyplanetarna lodówka była najbardziej zwyczajną rzeczą na świecie.

– Nie wiem. Może to przez jogurt.

I wtedy… lodówka zaczęła drżeć, ale nie w sposób, w jaki drżą lodówki po latach użytkowania. Nie jak urządzenie elektryczne na skraju awarii. To było drżenie celowe. Znaczące. Drżenie, które coś zapowiadało.

Wróżka Leokadia odruchowo zrobiła krok do tyłu. Jezioro wstrzymało oddech, a las…, cóż, las postanowił udawać, że go nie ma.

– Okej, to może być ciekawe – powiedziała postać w szlafroku, odstawiając filiżankę herbaty i zapinając pasy.

Pasów oczywiście nikt wcześniej nie zauważył. Ale… to była lodówka podróżująca na Marsa. Pewne rzeczy nie podlegały już logice.

Drżenie wzmogło się. Pokrywka jogurtu o smaku brukselki samoczynnie się uniosła, a ze środka wydobył się dźwięk, który można było porównać tylko do chóru śpiewających, bardzo zdeterminowanych gremlinów.

I wtedy… lodówka eksplodowała światłem.

Nie w sensie wybuchu. Nie w sensie zniszczenia. W sensie otwarcia portalu do absolutnie nieznanej rzeczywistości.

Światło było fioletowe. Trochę zielone. Nieco pomarańczowe, ale tylko w dolnym lewym rogu. I w jego centrum… wielki, majestatyczny kot w kapeluszu, który spojrzał na zgromadzonych z wyrazem głębokiego rozczarowania.

– Spóźniliście się – oznajmił.

Las starał się wyparować.

Jezioro podjęło decyzję o emigracji.

Leokadia… nie miała już pytań.

A postać w szlafroku pokiwała głową z uznaniem.

– Wiedziałem, że to będzie dobry dzień.

Lodówka znów zaczęła drżeć.

Lodówka znów zadrżała, jakby miała zamiar zrobić coś absolutnie nielogicznego, choć w świetle ostatnich wydarzeń, czy jakakolwiek logika miała jeszcze znaczenie?

Kot w kapeluszu, wciąż majestatycznie uniesiony w fioletowo-zielono-pomarańczowym portalu, westchnął z wyrazem rozczarowania, który można było porównać do nauczyciela obserwującego ucznia, który po raz setny próbuje włożyć długopis do nosa.

– Mieliście tu być przed trzema wymiarami.

Las postanowił podjąć próbę natychmiastowego fotosyntetycznego zniknięcia. Jezioro rozważało przekształcenie się w górę.

Wróżka Leokadia już nawet nie protestowała.

Postać w szlafroku, wciąż siedząca w lodówce, pokiwała głową.

– No tak, punktualność to klucz.

Kot przekręcił głowę w sposób, który sugerował, że w innym uniwersum mało kto przeżyłby jego ocenę sytuacji.

– Trudno. Musimy działać natychmiast.

I wtedy… lodówka otworzyła się szerzej. W jej środku już nie było jogurtu o smaku brukselki. Teraz było przejście. Do miejsca, którego absolutnie nikt nie powinien odwiedzać. I postać w szlafroku weszła do środka.

Jezioro zaniemówiło.

Las miał ochotę przekształcić się w pustynię.

A Leokadia tylko zamknęła oczy.

– Nie mamy już wyboru, prawda?

Kot w kapeluszu uśmiechnął się.

– Nigdy go nie mieliście.

Postać w szlafroku zniknęła w lodówce. A lodówka… zamknęła się.

Las zastygł w absolutnej ciszy, jezioro nawet nie próbowało oddychać (jeśli jeziora w ogóle oddychają), a wróżka Leokadia zrobiła jedyną rzecz, jaka wydawała się rozsądna – uszczypnęła się, aby sprawdzić, czy to wszystko nie było snem.

Nie było.

Kot w kapeluszu, wciąż unoszący się nad wodą w fioletowo-zielono-pomarańczowym portalu, wziął głęboki oddech, jakby właśnie kończył długi i skomplikowany wykład.

– No dobrze. Przejście się zamknęło. Teraz trzeba czekać.

Leokadia spojrzała na niego z absolutną frustracją.

– Czekać… na co?

Kot poprawił kapelusz.

– Na to, aż wróci.

Las podjął ostatnią desperacką próbę zmiany biomu na pustynię. Jezioro postanowiło przejść w tryb pasywnej egzystencji.

A wróżka Leokadia… po prostu westchnęła.

– Oczywiście, że tak.

I wtedy… Lodówka zaczęła drżeć ponownie. Ale tym razem było to inne drżenie. Coś się zbliżało. Coś powracało. I najwyraźniej… lodówka nie wracała sama. Lodówka drżała coraz mocniej, jakby przygotowywała się na coś, co absolutnie nie powinno mieć miejsca.

Las napiął swoje korzenie. Jezioro przybrało postawę defensywną (choć nikt nie wiedział, jak jeziora to robią). Wróżka Leokadia, po raz pierwszy w życiu, nie miała pojęcia, czy powinna uciekać, czy udawać, że nic się nie dzieje.

A kot w kapeluszu wyglądał na zadowolonego.

– Doskonałe. – mruknął, poprawiając kapelusz.

I wtedy… Lodówka się otworzyła. Z kek wnętrza wydobyło się jasne światło, które zmieniało kolory w sposób absolutnie chaotyczny – najpierw fioletowe, potem neonowo-zielone, następnie przez ułamek sekundy wyglądało jak marmurkowy wzór tapety z lat 70., aż w końcu… pojawiła się postać.

Ale to nie była postać w szlafroku. Nie była to też wróżka. Ani kot. To było coś niezrozumiałego, jakby rzeczywistość postanowiła zaszaleć i stworzyć istotę z czegoś, co nigdy wcześniej nie istniało.

Miała trzy ręce, ale dwie wydawały się czasami znikać. Nogi miała przynajmniej cztery, ale tylko wtedy, gdy ktoś patrzył bezpośrednio na nie. I mówiła… w języku, który jednocześnie był kompletnie obcy i dziwnie znajomy.

– Przybyłem. Czas rozpocząć wielki taniec lodówkowy.

Las wstrzymał oddech.

Jezioro odmówiło współpracy.

A Leokadia?

Leokadia nie była gotowa na taniec lodówkowy.

Lodówkowa istota uniosła jedną ze swoich (czasami istniejących) rąk i teatralnie wskazała na niebo.

– Czas rozpocząć rytuał!

Las poczuł się bardzo nieswojo.

Jezioro było już na etapie „udaję, że mnie nie ma”.

Wróżka Leokadia… no cóż, Leokadia nie miała już siły na logiczne analizy sytuacji.

– Ależ oczywiście. – westchnęła, krzyżując ręce. – Proszę, niech będzie rytuał. Co może pójść nie tak?

Istota zakręciła się.

Dosłownie.

Tak jakby jej fizyczna forma nie do końca rozumiała koncepcję grawitacji i zaczęła przypominać wibrującą galaretkę w kształcie spirali.

– Rozpoczynamy!

I wtedy… lodówka się uniosła.

Nie było to powolne, majestatyczne unoszenie. Nie. Lodówka pofrunęła w sposób absolutnie niekontrolowany, jakby nie mogła się zdecydować, czy chce być satelitą, czy wrócić do swojej pierwotnej funkcji przechowywania serka topionego.

Las zaczął panikować w szumie liści. Jezioro miało ochotę zmienić się w górę, a wróżka Leokadia desperacko szukała sposobu na unieważnienie całej tej sytuacji.

– Czy ktoś może mi powiedzieć, dlaczego lodówka postanowiła latać?! – wrzasnęła.

Kot w kapeluszu wyjął notes i zaczął pisać.

– To standardowa procedura. Za chwilę przemówi Wielka Istota Lodówkowa.

Wróżka zaniemówiła.

I wtedy… lodówka zatrzymała się w powietrzu.

Unosiła się dosłownie centymetr nad ziemią, jakby chciała zbudować napięcie.

Las nie oddychał.

Jezioro chciało wyparować z czystego stresu.

A Leokadia…

Leokadia już wiedziała, że nie będzie spać tej nocy.

Lodówka unosiła się w powietrzu, drżała, migotała delikatnym światłem, jakby zaraz miała ujawnić największą tajemnicę wszechświata.

Las nie oddychał.

Jezioro modliło się o natychmiastową teleportację w inne miejsce.

A wróżka Leokadia już mentalnie przygotowywała listę pytań, których i tak nikt nie był w stanie sensownie odpowiedzieć.

I wtedy… Lodówka przemówiła. Ale nie w sposób, w jaki mówił jogurt o smaku brukselki. Nie szeptem. Nie zagadką.

Jej głos był głęboki, majestatyczny, jakby pochodził z innej czasoprzestrzeni.

– Czas minął. Wielkie odliczanie się zakończyło.

Leokadia zmarszczyła brwi.

– Odliczanie… do czego?

Lodówka zadrżała. Pokrywa delikatnie uchyliła się…

A z jej wnętrza wydobył się eksplozja fioletowego konfetti, która całkowicie pokryła jezioro, las i wróżkę.

– Świętujmy! – oznajmiła lodówka radośnie.

Las doznał egzystencjalnego kryzysu.

Jezioro miało konfetti na całej powierzchni i nie wiedziało, jak się z tym czuć.

A Leokadia powoli, bardzo powoli, przecierała twarz, strącając z siebie warstwy brokatowych ozdób.

– Ty mi mówisz, że cała ta lodówkowa saga była… zapowiedzią imprezy?!

Kot w kapeluszu pokiwał głową.

– Tak. I jesteście wszyscy zaproszeni!

Leokadia nie była na to gotowa.

A jezioro?

Jezioro podjęło decyzję, że od jutra zostaje bagnem.

Lodówkowa impreza właśnie się rozpoczęła.

Konfetti wciąż opadało na jezioro, tworząc absurdalną, brokatową warstwę na jego powierzchni, a kot w kapeluszu wyciągnął znikąd gramofon, który zaczął grać muzykę, której nikt nie znał, ale wszyscy natychmiast rozpoznali.

Las próbował uciec, ale drzewa niestety były przywiązane do ziemi, więc mogły jedynie drżeć z absolutnego niedowierzania.

Jezioro całkowicie zrezygnowało z funkcji bycia jeziorem.

A wróżka Leokadia?

Leokadia już nawet nie protestowała.

– Dobrze. Niech będzie. Tańczmy.

Kot w kapeluszu uśmiechnął się.

– Najpierw musimy przywitać naszych specjalnych gości!

I wtedy… lodówka znów się otworzyła.

Ale tym razem… nie było już tylko światła.

Z wnętrza zaczęły wychodzić najbardziej absurdalne postacie, jakby lodówka była portalem do równoległego wymiaru, w którym im większy chaos, tym lepiej.

Najpierw pojawił się pingwin w cylindrze. Potem krokodyl w garniturze, który niósł tacę pełną kanapek. Następnie jednorożec w okularach przeciwsłonecznych, który najwyraźniej pełnił funkcję DJ- a. A na końcu… Jogurt o smaku brukselki.

– Wracamy! – oznajmił jogurt z dumą.

Las był na skraju załamania nerwowego.

Jezioro podjęło decyzję o oficjalnym zamknięciu się na wszelką logikę.

A Leokadia spojrzała na konfetti, na tańczącego pingwina, na lodówkę i powiedziała tylko jedno:

– Niech to już się skończy.

Impreza z lodówką trwała w najlepsze, choć jezioro, las i wróżka Leokadia miały absolutnie dość.

Pingwin w cylindrze tańczył z niezwykłą gracją, krokodyl w garniturze rozdawał kanapki, a jednorożec DJ już zdążył zmiksować hymn lasu na basową wersję, która sprawiła, że drzewa zaczęły delikatnie podrygiwać.

Leokadia przecierała oczy, próbując pogodzić się z rzeczywistością, której nie chciała zaakceptować.

– Czy to się kiedyś skończy? – mruknęła, patrząc na konfetti, które wciąż niestrudzenie opadało na jezioro, jakby ktoś ustawił je w nieskończonej pętli.

Kot w kapeluszu poprawił swój majestatyczny strój i spojrzał na nią z wyrazem absolutnej powagi.

– Nie.

I wtedy… lodówka znów się otworzyła, ale tym razem nie wyłonił się kolejny absurdalny gość.

Tym razem wyłoniła się… karteczka.

Leokadia podeszła ostrożnie, spojrzała na mały, niewinnie wyglądający skrawek papieru i przeczytała na głos:

– Impreza zakończy się dopiero wtedy, gdy wszyscy zatańczą taniec pingwina.

Las zadrżał z absolutnej paniki.

Jezioro podjęło decyzję o tymczasowym wyparowaniu.

A Leokadia spojrzała na tańczącego pingwina, który uśmiechnął się niezwykle podejrzanie.

– Nie ma mowy.

Pingwin w cylindrze zatrzymał swój taniec i spojrzał na Leokadię z wyrazem absolutnego wyzwania.

– Nie masz wyboru.

Las drżał.

Jezioro, pokryte warstwą konfetti, wciąż udawało, że nie istnieje.

Kot w kapeluszu poprawił notatnik, jakby przygotowywał się na wielki finał.

A Leokadia nie była gotowa na taniec pingwina.

– Nie ma mowy – powtórzyła.

Pingwin uśmiechnął się jeszcze szerzej, aż podejrzanie szeroko.

– Ale czy jesteś pewna? Bo według zasad imprezy…

I wtedy lodówka znów się otworzyła.

Leokadia natychmiast się odsunęła, bo wiedziała, że za każdym razem, gdy ta lodówka się otwiera, dzieją się rzeczy, które absolutnie nie powinny mieć miejsca.

Z wnętrza wydobył się zwiastun absolutnego chaosu – fioletowe światło, delikatne drganie rzeczywistości i…

Instrukcja tańca pingwina, napisana złotymi literami.

Leokadia wpatrywała się w tekst przez dłuższą chwilę, próbując przetworzyć fakt, że lodówka uczyła ją choreografii.

Pingwin poprawił cylinder.

– Nie walcz z przeznaczeniem.

Las próbował się przekręcić w inne miejsce.

Jezioro odmówiło jakiejkolwiek interakcji.

A Leokadia westchnęła.

– Dobrze. Ale obiecajcie, że to już koniec.

Kot w kapeluszu spojrzał na nią z absolutną powagą.

– Nic nie kończy się tak łatwo.

I wtedy… impreza weszła na wyższy poziom.

Taniec pingwina rozpoczął się.

I to nie w zwykły sposób.

Nie było tu prostych, klasycznych ruchów. Nie, nie.

Las zadrżał, widząc pierwszą choreografię.

Jezioro wciąż pokryte konfetti próbowało wycofać się z sytuacji.

A wróżka Leokadia, mimo całej swojej wewnętrznej walki, zaczęła tańczyć.

I wtedy… coś się zmieniło. Nie była to zwykła impreza. Nie była to zwykła lodówka. To było coś większego.

Lodówka zamrugała światłem, a z jej wnętrza wydobyło się nowe przesłanie. Złote litery pojawiły się w powietrzu, błyszcząc nad wszystkimi uczestnikami:„Po osiągnięciu najwyższego poziomu tańca, nastąpi ostateczne objawienie”.

Leokadia natychmiast zatrzymała ruch.

– Nie, nie, nie, NIE MA OBJAWIEŃ!

Pingwin uśmiechnął się zbyt szeroko.

Kot w kapeluszu poprawił cylinder i powiedział z absolutną powagą:

– Objawienie jest nieuniknione.

Jezioro… próbowało wyparować ze stresu.

Las postanowił na wszelki wypadek zacząć modlitwę do neutralnych sił natury.

Leokadia zamknęła oczy i pogrążyła się w wewnętrznym rozważaniu wszystkich swoich życiowych decyzji.

A lodówka… zaczęła się otwierać. Otwierała się powoli, a wszyscy obserwowali to z niezdrową mieszanką strachu, ciekawości i desperackiej potrzeby zrozumienia, dlaczego to w ogóle się dzieje.

Las drżał, próbując przeformować się w cokolwiek innego niż las.

Jezioro, całkowicie pokryte konfetti, podjęło decyzję o natychmiastowym udawaniu, że jest tylko dużą kałużą.

A wróżka Leokadia zamknęła oczy i pogrążyła się w wewnętrznym rozważaniu wszystkich swoich życiowych decyzji, gotowa na to, że oto nadszedł jej koniec.

I wtedy… objawienie się wydarzyło. Ale nie było to objawienie kosmiczne. Nie było to też objawienie mistyczne. Nie było nawet objawienie apokaliptyczne.

To był… oczywiście tort.

Wielki, potężny tort w kolorze absolutnie absurdalnej tęczy. Jego warstwy były niemożliwe do logicznego zrozumienia – lodowa polewa, nadzienie o smaku chmury, lukier, który zmieniał kolory zależnie od poziomu szczęścia obserwatora.

Leokadia patrzyła na tort z całkowitą pustką w umyśle.

Kot w kapeluszu uśmiechnął się.

– Właśnie. To było to. Objawienie.

Leokadia wzięła głęboki oddech.

– Cała ta saga lodówkowa… była o torcie.

Pingwin w cylindrze klasnął w skrzydła z ogromnym entuzjazmem.

– Dokładnie! W końcu możemy jeść!

Las chciał zapomnieć o całym swoim istnieniu.

Jezioro oficjalnie ogłosiło, że przechodzi na emeryturę.

A Leokadia po prostu usiadła i zjadła kawałek tortu. I, ku jej absolutnemu zaskoczeniu, był wyśmienity.

Lodówka stała nieruchomo.

Impreza trwała, konfetti wciąż spadało z nieba (i absolutnie nikt nie wiedział, skąd ono się bierze). Kot w kapeluszu degustował tort, pingwin w cylindrze prezentował nowe figury taneczne, a krokodyl w garniturze rozdawał filiżanki herbaty, jakby to było najbardziej normalne spotkanie na świecie.

Wróżka Leokadia wpatrywała się w tort, w lodówkę i w całą tę absurdalną scenę z wyrazem totalnej rezygnacji.

– Dobrze. Wszyscy dostaliśmy tort. Lodówka otworzyła swój portal do chaosu. Możemy już… skończyć?

Kot w kapeluszu pokręcił głową.

– Nie, nie, nie. Jeszcze jedna rzecz.

Leokadia wiedziała, że tak będzie.

Jezioro próbowało przemienić się w mgłę, ale niestety nie było do tego zdolne.

Las zaczynał się psychicznie wyłączać.

A lodówka zadrżała znowu…

I wtedy… wydobył się z niej dźwięk, którego nikt się nie spodziewał.

Był melodyjny.

Był hipnotyzujący.

Był… motywem muzycznym z programu kulinarnego sprzed lat.

Pingwin w cylindrze natychmiast wyciągnął mikrofon.

– Nadszedł czas na wielki finał: kulinarny konkurs lodówki!

Leokadia spojrzała na niego z wyrazem czystego niedowierzania.

– Nie ma mowy.

Ale było już za późno. Stoły się ustawiły. Fartuchy się materializowały. Krokodyl w garniturze został sędzią.

A jezioro… jezioro postanowiło po prostu zaakceptować swój los.

I tak oto lodówka zamieniła się w arenę kulinarnego chaosu.

Jezioro zaakceptowało swój los jako tło dla najbardziej absurdalnego konkursu wszechświata.

Las próbował przekonać siebie, że to się nie dzieje.

Wróżka Leokadia spojrzała na fartuch, który sam się zawiązał wokół jej talii, i wiedziała jedno – nie ma odwrotu.

Pingwin w cylindrze wskoczył na scenę, rozłożył skrzydła i donośnie oznajmił:

– Witamy w Wielkim Turnieju Lodówkowej Kuchni!

Kot w kapeluszu poprawił notatnik i dodał:

– Reguły są proste. Gotujemy. Tworzymy. Degustujemy. I pamiętajcie… lodówka decyduje, kto wygra.

Leokadia natychmiast zatrzymała się.

– Przepraszam, czy lodówka… ocenia?

Krokodyl w garniturze, który pełnił funkcję głównego jurora, skinął głową.

– Oczywiście. Lodówka ma bardzo wyrafinowany gust.

Jezioro chciało zniknąć w najbliższym możliwym wirze czasoprzestrzennym.

Las błagalnie prosił wszechświat o natychmiastowy reset.

A Leokadia spojrzała na zestaw składników przed sobą: brukselki, fioletowego cukru, magicznego mleka i absolutnie podejrzanej puszki, której nie miała odwagi otworzyć.

– Dobrze. Skoro już muszę gotować dla lodówki, to niech będzie.

Pingwin w cylindrze klasnął skrzydłami z entuzjazmem.

– Zaczynajmy!

Turniej kulinarny rozpoczął się z całą siłą absurdu, którą tylko lodówka mogła zainspirować.

Pingwin w cylindrze zręcznie mieszał składniki w garnku, krokodyl w garniturze dokładnie oceniał prezentację każdego dania, a kot w kapeluszu, jako oficjalny dokumentalista, notował wszystkie dramatyczne zwroty akcji.

Jezioro wciąż próbowało udawać, że nie jest częścią tej historii.

Las wydał oficjalne oświadczenie, że nie ponosi odpowiedzialności za to, co się tutaj dzieje.

A wróżka Leokadia nie wiedziała, dlaczego gotuje brukselkowy krem z dodatkiem magicznego mleka i tajemniczej puszki, ale przynajmniej wyglądało to na jadalne.

Lodówka drżała w napięciu, obserwując z absolutnym skupieniem, jak każdy uczestnik kończy swoje danie.

I wtedy… nadszedł moment oceny. Krokodyl w garniturze przyjął poważną minę. Pingwin poprawił cylinder. Kot w kapeluszu rozpoczął ceremonię degustacji. Ale zanim ktokolwiek zdążył spróbować pierwszej potrawy…

Lodówka niespodziewanie zaczęła mówić.

– A teraz… Czas na ostateczny test.

Las zamarł.

Jezioro wstrzymało swój metaforyczny oddech.

Leokadia nie była gotowa na kolejny test.

Lodówka zaczęła drżeć z niespotykaną intensywnością, jakby cała jej misja właśnie zmierzała do wielkiego finału.

Las nie miał już siły na reakcję.

Jezioro zaakceptowało swój nowy status jako tło dla kompletnie absurdalnych wydarzeń.

A wróżka Leokadia była gotowa na wszystko.

I wtedy… lodówka się otworzyła.

Ale tym razem z jej wnętrza wydobył się ogromny napis w neonowych literach:

– GRATULACJE! PRZESZLIŚCIE PRÓBĘ LODÓWKOWEGO CHAOSU!

Pingwin w cylindrze wykonał spektakularny obrót i z radością oznajmił:

– TAK! Udało się!

Kot w kapeluszu przytaknął z szacunkiem.

– Nie każdy przechodzi tę próbę.

Leokadia nie miała już żadnych pytań.

Jezioro wydało z siebie cichy, metaforyczny westchnienie ulgi.

Las… postanowił udawać, że nigdy nie był częścią tej historii.

A lodówka? Lodówka znów się zamknęła. I po chwili… zniknęła. Bez dźwięku. Bez błysku światła. Po prostu… zniknęła, jakby nigdy jej tu nie było.

Nastała cisza.

Wróżka Leokadia spojrzała na wszystkich.

– Więc… to koniec?

Kot w kapeluszu dopił swoją herbatę i powiedział spokojnie:

– Może. A może kiedyś… lodówka powróci.

Jezioro zadrżało na samą myśl.

Pingwin wziął ostatni kawałek tortu i powiedział:

– Kto chce zatańczyć jeszcze raz?

Wszyscy wciąż stali w miejscu, oszołomieni faktem, że lodówka zniknęła, jakby nigdy jej tu nie było.

Las powoli wracał do normalności, chociaż wciąż miał egzystencjalne wątpliwości co do tego, co właśnie się wydarzyło.

Jezioro, nadal pokryte konfetti, przyjęło swoją nową rzeczywistość jako całkiem dobrze udekorowane zbiornik wodny.

Wróżka Leokadia spojrzała na wszystkich i ostatecznie stwierdziła:

– Nie chcę już nigdy więcej rozmawiać o lodówkach.

Kot w kapeluszu uśmiechnął się tajemniczo.

– Ale czy ona naprawdę odeszła?

Las wstrzymał oddech.

Jezioro odmówiło komentarza.

Leokadia powoli spojrzała na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą była lodówka, jakby podejrzewała, że w każdej chwili może pojawić się ponownie.

I wtedy…

Zza drzew rozległ się cichy, złowieszczy brzęk lodówki otwieranej w oddali.

Jezioro, las i wróżka Leokadia zamarli, bo zrozumieli, że całkiem niedaleko ktoś…, gdzieś…, jeszcze miał jakąś lodówkę.

tekst wygenerowany przez AI przy pomocy Ewy Damentki