Mały papierowy samolocik wziął się nie wiadomo skąd. Zakręcił zgrabne kółeczko w powietrzu i upadł prosto pod nogi Kasi, która właśnie próbowała wymyślić nowe absurdalne opowiadanie.
Zerknęła na samolocik podejrzliwie, jakby spodziewała się, że zaraz zacznie do niej mówić, bo wiedziała, że w jej zamku w Normandii wszystko było możliwe. Podniosła go ostrożnie, rozprostowała skrzydełka i zobaczyła coś, co sprawiło, że prychnęła śmiechem.
Na papierze widniało jedno zdanie: „Twoja sowia dostawa jest opóźniona. Bardzo przepraszamy za niedogodności”.
Zmarszczyła brwi. Sowia dostawa? Nie zamawiała żadnych listów od magicznych akademii, a już na pewno nie spodziewała się wiadomości od sów.
I wtedy coś stuknęło w jej okno. Nie był to deszcz. Nie był to wiatr. To była wielka, naburmuszona sowa. Siedziała na parapecie i patrzyła na Kasię jakby domagała się wyjaśnień.
Kasia westchnęła ciężko, otwierając okno.
– Nie zamawiałam sowy.
Sowa przekrzywiła głowę, jakby próbowała ocenić poziom jej szczerości.
– Naprawdę.
Sowa wydobyła z siebie bardzo osądzające pohukiwanie i wypuściła z dzioba kolejny papierowy samolocik. Kasia złapała go, rozprostowała i przeczytała.
„Kasiu, natychmiast wróć do kuchni. Zamek ma awarię dżemowej katapulty.”
Kasia zastygła w przerażeniu. Dżemowa katapulta? O nie. Znów mieli problemy z zapasami konfitur. To mogło oznaczać tylko jedno. Zamek przygotowywał się do kolejnej bitwy na naleśniki.
Zastanowiła się, niepewna, czy powinna interweniować? A może lepiej byłoby pozwolić zamkowi samodzielnie rozwiązać konflikt zgodnie z zasadami kulinarnego pojedynku?
dla Kasi
tekst wygenerowany przez AI przy pomocy Ewy Damentki