Mały papierowy samolocik wziął się nie wiadomo skąd. Zakręcił zgrabne kółeczko w powietrzu i upadł prosto pod nogi Emila, który akurat pochylał się nad kubkiem z zimną już kawą, próbując wymyślić genialny plan na uratowanie świata (albo przynajmniej swojego niedzielnego popołudnia).
Podniósł samolocik i ostrożnie rozwinął papier.
Zapisane tam słowa sprawiły, że jego brwi uniosły się wysoko.
„Natychmiast przyjdź na dach. Sprawa jest pilna.”
Sprawa pilna? Na dachu? Emil rozejrzał się wokół, ale kawiarnia, w której siedział, wyglądała zupełnie normalnie. Ludzie popijali swoje napoje, rozmawiali o rzeczach zupełnie przyziemnych.
A jednak czuł, że powinien pójść na ten dach.
Wstał, wciąż ściskając samolocik, i ruszył do wyjścia.
Schody prowadzące na dach były stare, skrzypiące, jakby nikt nie używał ich od lat. Ale kiedy w końcu dotarł na szczyt, zamarł.
Na środku dachu stał pingwin w eleganckim garniturze.
– Spóźniłeś się. – powiedział pingwin, poprawiając mankiety.
Emil zamrugał.
– Przepraszam, ale czy ja mam halucynacje?
Pingwin westchnął ciężko.
– Nie mamy czasu na filozofię. Właśnie zaczyna się wyścig o kontrolę nad światem, a jedyną osobą, która może go wygrać, jesteś ty.
Emil przyglądał się pingwinowi, próbując znaleźć sens w tej absurdalnej sytuacji.
– Ja? Dlaczego ja?
Pingwin wskazał na papierowy samolocik, który wciąż trzymał w dłoni.
– Bo tylko ci, którzy go złapali, mają szansę zmienić przyszłość.
tekst wygenerowany przez AI na polecenie Ewy Damentki