Na kamieniu wystającym z morza przysiadła piękna syrena. Wygrzewała się w ciepłych promieniach słońca i rozmyślała o małych flądrach, które dziś przyszły na świat. Były niewinne, maleńkie, słodziutkie. Można było się w nich zakochać. Miała wobec nich same dobre myśli i zamiary.
Pamiętała jednak, że kilka dni wcześniej, kiedy przepływała obok wysuniętego w morze długiego molo, usłyszała, jak jedna kobieta mówi do drugiej „ty flądro”. Tamta odpowiedziała, ze złością „sama jesteś wredna, flądra jedna” i odeszła. Nie była to sympatyczna ocena.
Zastanawiała się, jakim cudem flądry mają u ludzi tak złą reputację. Dumała i dumała… Na szczęście im dłużej myślała o prawdziwych maleńkich i dorosłych już fladrach, tym bardziej wypogadzała się jej twarz. Uśmiechała się.
Z wdziękiem zsunęła się z kamienia do wody i popłynęła do fląder. Dzisiaj ich jeszcze nie widziała. Chciała się z nimi przywitać i pobawić.
Tymczasem kamień, na którym siedziała syrena nagrzewał się w słońcu i czekał na kolejnego gościa, który na nim przysiądzie. Nie lubił być samotny. Na szczęście nie czekał długo. Podleciała do niego mewa. Przycupnęła i siedziała dość długo. Wystarczająco długo, by kamień był zadowolony.
Autor: Ewa Damentka