Mały papierowy samolocik – 21

Mały papierowy samolocik wziął się nie wiadomo skąd. Zakręcił zgrabne kółeczko w powietrzu i upadł prosto pod nogi Stefana, który właśnie zastanawiał się, czy woda gazowana ma jakąś sekretną moc, skoro wszyscy w biurze wyglądali, jakby byli od niej uzależnieni.

Schylił się, podniósł samolocik, rozwinął go ostrożnie i uniósł brwi na widok napisu: „PILNE: TEST SYSTEMU LATAJĄCYCH PRZEKĄSEK.”

Nie zdążył nawet pomyśleć, kto wysłał tę wiadomość, kiedy nagle coś przeleciało obok jego głowy. Zamrugał, próbując dojść do siebie, a potem spojrzał w górę.

W powietrzu, elegancko i bez najmniejszego hałasu, unosiły się kanapki. Nie przypadkowe. Perfekcyjnie przyrządzone, każda z nich miała na sobie malutką flagę, jakby była członkiem dyplomatycznej misji.

Stefan powoli cofnął się o krok. „To jakiś eksperyment?” – pomyślał.

I wtedy drzwi do biura otworzyły się z impetem. Do środka wpadł mężczyzna w fartuchu laboratoryjnym i okularach ochronnych.

– Panie Stefanie! Niech pan nie wykonuje gwałtownych ruchów, bo jeszcze się panu jakaś kanapka przyczepi do marynarki!

Stefan spojrzał na niego z niedowierzaniem.

– Czy ktoś mi może wytłumaczyć, dlaczego przekąski latają po moim biurze?!

Mężczyzna poprawił okulary.

– To zupełnie nowy system inteligentnych posiłków. Miał być testowany w kontrolowanych warunkach, ale no cóż, chyba nastąpił mały błąd.

Stefan przewrócił oczami, patrząc na kanapki, które teraz zaczęły układać się w precyzyjne formacje powietrzne. Czy powinien interweniować? A może po prostu zaakceptować fakt, że jedzenie zaczęło żyć własnym życiem?

Wstrzymał oddech, obserwując kanapki, które teraz krążyły nad jego biurkiem w idealnym szyku, a mężczyzna w fartuchu wyjął małe urządzenie, które wyglądało jak pilot do telewizora.

– Muszę je zatrzymać, zanim zaczną się grupować w większe formacje.

– Większe formacje? – powtórzył Stefan, zaskoczony.

I wtedy zobaczył ruch. Kanapki zaczęły się łączyć. Jedna do drugiej, warstwami, aż w końcu powstał latający wielki burger.

– No nie – mruknął naukowiec, wciskając nerwowo przyciski na swoim urządzeniu.

Burger uniósł się wyżej, jakby szykował się do ucieczki przez okno.

– Nie pozwólcie mu uciec!

Stefan spojrzał na ekipę biurową, która teraz w panice rzucała się po sali, próbując złapać latające warzywa, które odczepiły się od konstrukcji burgera.

– Dlaczego ja? – jęknął, próbując uchwycić kawałek sałaty, który właśnie podleciał obok jego twarzy.

Naukowiec rzucił mu plastikowy widelec.

– Musisz go unieruchomić!

Stefan złapał widelec i rzucił się na burgera. W ostatnim momencie udało mu się przebić warstwę sera i kotleta, zatrzymując całą strukturę w miejscu.

Kanapki rozpadły się na pojedyncze składniki, opadając łagodnie na podłogę, a biuro zamarło w ciszy. Wszyscy spojrzeli na Stefana. Naukowiec przyklęknął, podnosząc kawałek sera i uśmiechnął się z uznaniem.

– Gratulacje. Właśnie uratowałeś świat przed pierwszą generacją zbuntowanych kanapek.

Stefan westchnął ciężko, podnosząc wzrok.

– Czy to znaczy, że mogę teraz iść na przerwę?

tekst wygenerowany przez AI przy pomocy Ewy Damentki

Mały papierowy samolocik – 11

Mały papierowy samolocik wziął się nie wiadomo skąd. Zakręcił zgrabne kółeczko w powietrzu i upadł prosto pod nogi Kasi, która właśnie próbowała wymyślić nowe absurdalne opowiadanie.

Zerknęła na samolocik podejrzliwie, jakby spodziewała się, że zaraz zacznie do niej mówić, bo wiedziała, że w jej zamku w Normandii wszystko było możliwe. Podniosła go ostrożnie, rozprostowała skrzydełka i zobaczyła coś, co sprawiło, że prychnęła śmiechem.

Na papierze widniało jedno zdanie: „Twoja sowia dostawa jest opóźniona. Bardzo przepraszamy za niedogodności”.

Zmarszczyła brwi. Sowia dostawa? Nie zamawiała żadnych listów od magicznych akademii, a już na pewno nie spodziewała się wiadomości od sów.

I wtedy coś stuknęło w jej okno. Nie był to deszcz. Nie był to wiatr. To była wielka, naburmuszona sowa. Siedziała na parapecie i patrzyła na Kasię jakby domagała się wyjaśnień.

Kasia westchnęła ciężko, otwierając okno.

– Nie zamawiałam sowy.

Sowa przekrzywiła głowę, jakby próbowała ocenić poziom jej szczerości.

– Naprawdę.

Sowa wydobyła z siebie bardzo osądzające pohukiwanie i wypuściła z dzioba kolejny papierowy samolocik. Kasia złapała go, rozprostowała i przeczytała.

„Kasiu, natychmiast wróć do kuchni. Zamek ma awarię dżemowej katapulty.”

Kasia zastygła w przerażeniu. Dżemowa katapulta? O nie. Znów mieli problemy z zapasami konfitur. To mogło oznaczać tylko jedno. Zamek przygotowywał się do kolejnej bitwy na naleśniki.

Zastanowiła się, niepewna, czy powinna interweniować? A może lepiej byłoby pozwolić zamkowi samodzielnie rozwiązać konflikt zgodnie z zasadami kulinarnego pojedynku?

dla Kasi

tekst wygenerowany przez AI przy pomocy Ewy Damentki

Młoda ładna kobieta – 18

Młoda ładna kobieta patrzyła zachęcająco i bezwiednie bawiła się swoimi włosami. Czekała na jakąś reakcję ze strony mężczyzny, który się jej podobał. Ten nie mógł już dłużej udawać, że nie widzi jej zalotów, więc więc uśmiechnął się lekko, ale zamiast odpowiedzieć słowami, wyjął z kieszeni mały notes. Notes był stary, z pożółkłymi kartkami i skórzaną okładką, która nosiła ślady wielu lat użytkowania. Mężczyzna otworzył go na przypadkowej stronie i zaczął coś pisać, ignorując spojrzenie kobiety.

Kasia zmarszczyła brwi. Nie tego się spodziewała. Była przyzwyczajona do tego, że jej zaloty działały bezbłędnie, a tu nagle… notes? Co on mógł tam pisać?

– Co robisz? – zapytała, próbując ukryć irytację.

Mężczyzna podniósł wzrok, a jego oczy błysnęły tajemniczo.

– Piszę o tobie – odpowiedział spokojnie.

Kasia poczuła, jak jej serce przyspiesza. Była pisarką kryminałów, więc tajemnice zawsze ją fascynowały, ale teraz… teraz była częścią jednej z nich.

– O mnie? – powtórzyła, próbując zachować opanowanie.

Mężczyzna zamknął notes i schował go z powrotem do kieszeni.

– Tak. Jesteś idealną bohaterką do mojej nowej historii – powiedział, a jego uśmiech stał się jeszcze bardziej zagadkowy.

Kasia nie wiedziała, czy powinna być zadowolona czy zaniepokojona. Ale zanim zdążyła odpowiedzieć, mężczyzna odwrócił się i zaczął odchodzić w kierunku stajni, gdzie jej konie spokojnie pasły się na łące.

Nie mogła pozwolić mu tak po prostu odejść. Coś w jego zachowaniu było zbyt dziwne, zbyt intrygujące. Ruszyła za nim, a jej buty cicho stukały o kamienną ścieżkę.

– Zaczekaj! – zawołała. – Co to za historia? Dlaczego ja?

Mężczyzna zatrzymał się, ale nie odwrócił. Jego głos był spokojny, niemal hipnotyczny.

– Bo masz tajemnicę, której jeszcze nie odkryłaś. – powiedział. – A ja zamierzam ją znaleźć.

Kasia poczuła dreszcz na plecach. Czy to był początek nowej przygody? A może… czegoś znacznie bardziej niebezpiecznego?

Stała nieruchomo, wpatrując się w plecy tajemniczego mężczyzny. „Masz tajemnicę, której jeszcze nie odkryłaś.” Jego słowa wciąż odbijały się echem w jej głowie. Ale to było absurdalne, bo znała swoją przeszłość, wiedziała, kim jest. Przynajmniej tak jej się wydawało. Zacisnęła dłonie na pasku od torby i przyspieszyła kroku.

– Nie możesz tak po prostu rzucić zagadkowego zdania i odejść – powiedziała ostro.

Mężczyzna zatrzymał się i powiedział:

– Nie odchodzę. Ale jeśli chcesz prawdy, musisz być gotowa na to, co znajdziesz.

Kasia nie była osobą, która się cofała.

– Zawsze jestem gotowa.

Mężczyzna w końcu się odwrócił i spojrzał na nią uważnie.

– Więc chodź. Musimy zacząć od miejsca, które ukrywa więcej, niż ci się wydaje.

Kasia czuła, jak adrenalina zaczyna pulsować w jej żyłach.

Nie miała pojęcia, dokąd zaprowadzi ją ta rozmowa.

Ale jedno było pewne – nie mogła teraz się zatrzymać.

Spojrzała na mężczyznę, próbując rozszyfrować jego intencje.

– Dokąd idziemy? – spytała, choć w głębi duszy już wiedziała, że czeka ją coś niezwykłego.

Mężczyzna uśmiechnął się lekko.

– Do starej stodoły na skraju lasu.

Kasia zmarszczyła brwi. Znała to miejsce. To tam przechowywała sprzęt jeździecki i kilka zapasowych worków z owsem. Nie było tam nic specjalnego… prawda?

Ruszyli w stronę drewnianej, nieco zmurszałej konstrukcji, a jej konie obserwowały ich z zaciekawieniem. Wiatr zaszeleścił w wysokich trawach, jakby chciał ich ostrzec, ale Kasia nie zamierzała się wycofać.

Gdy dotarli do stodoły, mężczyzna przystanął przed wielkimi wrotami i położył dłoń na jednej z drewnianych belek, dokładnie tam, gdzie powinna być zwykła szczelina.

Kasia przygryzła wargę.

Nigdy wcześniej nie zwróciła na to uwagi, ale… czy to drewno faktycznie wyglądało naturalnie?

Mężczyzna nacisnął mocniej.

I wtedy…

Cała ściana odsunęła się z cichym skrzypnięciem, odsłaniając przejście do czegoś, czego absolutnie się nie spodziewała. Za drewnianą fasadą nie było zwykłego zaplecza. Był ciemny, kamienny korytarz, który zdawał się prowadzić pod ziemię.

Mężczyzna spojrzał na nią z wyrazem spokojnej pewności.

– Teraz możesz odkryć swoją tajemnicę.

Kasia wpatrywała się w ciemny, kamienny korytarz ukryty za fałszywą ścianą stodoły. Coś w niej podpowiadało jej, że to miejsce nie powinno istnieć. A jednak było.

Mężczyzna spojrzał na nią z wyrazem spokojnej pewności.

– Nie masz ochoty zobaczyć, co kryje się dalej?

Kasia nie była pewna, czy „ochota” to właściwe słowo. Ale była pisarką kryminałów. Tajemnice zawsze ją fascynowały. A teraz znajdowała się w jednej z nich. Zacisnęła pięści i zrobiła pierwszy krok.

Kamienne ściany otaczały ją z obu stron, a pod jej stopami skrzypiała warstwa kurzu, której nikt nie naruszył od bardzo dawna. Szła dalej, światło z wejścia powoli zanikało, a przed nią rozciągał się mrok, który zdawał się pochłaniać wszystko. I wtedy…

Usłyszała dźwięk. Nie był to szmer wiatru. Nie był to odgłos kroku. To było delikatne stukanie, jakby ktoś… coś… znajdowało się dalej w korytarzu i czekało na jej reakcję.

Kasia zamrugała, przyspieszając oddech.

Mężczyzna, który szedł tuż obok niej, się zatrzymał.

– Słyszysz to?

Oczywiście, że słyszała. Przełknęła ślinę, nasłuchując dźwięku rozbrzmiewającego w ciemności. Delikatne stukanie. Jednostajne, rytmiczne, jakby coś próbowało przekazać wiadomość… albo ostrzeżenie.

Mężczyzna obok niej napiął mięśnie.

– Jesteś pewna, że chcesz iść dalej?

Oczywiście, że nie była pewna, ale pisarka kryminałów nie cofa się przed tajemnicą. Zrobiła krok w głąb korytarza. Potem kolejny. I jeszcze jeden.

Światło z wejścia do stodoły zniknęło, pozostawiając ich w półmroku, gdzie każdy cień wydawał się drżeć, każdy szelest zdawał się kryć coś więcej.

I wtedy…

Coś się poruszyło. Nie w sposób gwałtowny. Nie w sposób agresywny. To było subtelne przesunięcie, jakby ktoś… czekał na nich.

Kasia wstrzymała oddech.

– Kto tam jest? – powiedziała, choć głos nie brzmiał tak pewnie, jakby chciała.

Cisza.

A potem…

Głos:

– Nie powinnaś tu być, Kasiu.

Serce Kasi przyspieszyło do granic możliwości. Mężczyzna obok niej napiął się jeszcze bardziej.

– Skąd wiedzą, kim jesteś?

Kasia nie miała odpowiedzi, ale jedno było pewne – już nie mogła się cofnąć. Przełknęła ślinę, czując, jak adrenalina pulsuje w jej żyłach.

– Kim jesteś? – zapytała, starając się, aby jej głos brzmiał pewnie.

Odpowiedziała jej cisza. A potem… Dźwięk kroków. Powolnych. Zbyt spokojnych, jakby osoba, która się zbliżała, nie miała żadnych wątpliwości, że to ona kontroluje sytuację.

Mężczyzna obok Kasi nie drgnął, ale jego postawa stała się bardziej napięta.

– To nie wygląda dobrze. – mruknął cicho.

I wtedy… z mroku wyłoniła się sylwetka. Wysoka. Smukła. Jej twarz była częściowo skryta pod cieniem, ale oczy… oczy Kasia rozpoznała natychmiast.

Serce zatrzymało jej się na ułamek sekundy. Bo to było niemożliwe. Nie mogła tu być. A jednak stała przed nią.

– Martyna?!

Kasia próbowała przetworzyć to, co właśnie zobaczyła. Martyna, jej dawna przyjaciółka. A może… teraz już wróg?

Martyna uśmiechnęła się lekko, jakby nic z tego nie było dziwne.

– Wiedziałam, że w końcu tu trafisz.

Mężczyzna u boku Kasi rzucił jej ostre spojrzenie.

– Znacie się?

Kasia nie była w stanie odpowiedzieć. Bo prawda była taka… Nie wiedziała, czy naprawdę znała Martynę. Patrzyła na Martynę, próbując pogodzić się z tym, co właśnie się wydarzyło. Czy to była pułapka? A może… prawda, którą ignorowała przez lata?

Martyna poprawiła rękawy swojego płaszcza, jakby wcale nie było tu nic dziwnego, jakby całe to spotkanie było czymś zaplanowanym od dawna.

– Zawsze wiedziałam, że tu dotrzesz.

Kasia zmarszczyła brwi.

– Ale dlaczego? Co tu jest?

Martyna uśmiechnęła się lekko, ale w jej oczach nie było ciepła.

– Odpowiedzi.

Mężczyzna obok Kasi od razu się napiął.

– Odpowiedzi na co dokładnie?

Martyna powoli przesunęła ręką po kamiennej ścianie tunelu, jakby chciała pokazać, że ten korytarz krył więcej, niż Kasia kiedykolwiek mogłaby przypuszczać.

– Na to, kim naprawdę jesteś.

Serce Kasi zatrzymało się na ułamek sekundy, bo to brzmiało… zbyt osobiście.

– Nie rozumiem.

Martyna spojrzała na nią i jej uśmiech stał się jeszcze bardziej tajemniczy.

– Nie musisz. Ale jeśli zrobisz kolejny krok… nie będziesz już mogła się cofnąć.

Kasia czuła, jak jej umysł walczy sam ze sobą. Czy powinna zaufać Martynie? A może właśnie wchodziła w grę, której zasad jeszcze nie znała?

Martyna patrzyła na Kasię z wyrazem czystej pewności, jakby wiedziała coś, czego Kasia jeszcze nie miała odwagi odkryć.

– Ten korytarz… jest częścią twojej historii.

Kasia poczuła zimny dreszcz na plecach.

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz.

Martyna powoli pokręciła głową.

– Nie musisz. Jeszcze. Ale jeśli zrobisz ten krok, wszystko się zmieni.

Mężczyzna stojący obok Kasi milczał, ale Kasia czuła jego napięcie.

Wszystko w tym miejscu wydawało się niepokojąco zaplanowane, jakby Martyna wiedziała, że prędzej czy później Kasia tu trafi.

A jeśli to była prawda… Jeśli to miejsce było związane z nią… Co tu na nią czekało? Zacisnęła pięści, nie lubiła manipulacji. Ale jednocześnie… nie mogła po prostu odejść.

– Co znajdę dalej?

Martyna uśmiechnęła się, ale tym razem było w tym coś prawdziwego, coś… ostatecznego.

– Prawdę o sobie.

Kasia zacisnęła dłonie, czując, jak puls przyspiesza. Czy naprawdę była gotowa na to, co kryło się dalej?

Martyna nie spuszczała z niej wzroku, jakby czekała na jej decyzję, jakby wiedziała, że ten moment jest nieunikniony.

Mężczyzna stojący obok Kasi zmrużył oczy, badając Martynę uważnie.

– Czy to pułapka?

Martyna uśmiechnęła się lekko.

– Nie. To konieczność.

Kasia przełknęła ślinę. I wtedy zrobiła krok. Jeden. Potem drugi, a korytarz zdawał się ją pochłaniać, kamienne ściany wokół przyjmowały jej obecność w sposób, który był… dziwnie znajomy.

Czy kiedyś już tu była? Czy coś w niej pamiętało to miejsce, zanim jeszcze odkryła jego istnienie?

Martyna szła tuż za nią, milcząca, jakby wiedziała, że nie musi już nic mówić. Mężczyzna nadal był czujny, ale… coś w nim też się zmieniło.

W końcu dotarli na koniec korytarza.

Przed nimi znajdowały się wielkie, stare drzwi, ich powierzchnia była pokryta znakami, których Kasia nie rozumiała… ale czuła, że powinna. Serce zatrzymało się na ułamek sekundy. Martyna położyła dłoń na jednej z drewnianych płyt i spojrzała na Kasię.

– Jeśli je otworzysz, nie będzie już odwrotu.

Kasia wzięła głęboki oddech.

Martyna obserwowała ją uważnie, jej dłoń wciąż spoczywała na drewnianej powierzchni, jakby już znała prawdę, którą Kasia dopiero miała odkryć.

Mężczyzna stał z tyłu, nie mówił nic, ale jego obecność była niemal namacalna – gotowy do działania, jeśli tylko coś poszłoby nie tak.

Kasia dotknęła drzwi. I wtedy coś kliknęło. Cichy mechanizm, który nie powinien tu istnieć, ale właśnie się uruchomił. Drzwi zaczęły się otwierać, drewno zaskrzypiało… A za nimi nie było niczego, czego się spodziewała.

Nie było starego pomieszczenia. Nie było kolejnego korytarza.

Było lustro. Wielkie, antyczne, z ramą ozdobioną tymi samymi symbolami, które widziała na drzwiach.

Martyna uśmiechnęła się lekko.

– Spójrz.

Kasia spojrzała w lustro i zamarła, bo odbicie, które tam widziała… nie było jej odbiciem. Nie było to zwykłe zniekształcenie, nie był to cień. To była inna wersja jej samej. Kobieta po drugiej stronie wyglądała prawie identycznie – ten sam kolor włosów, ten sam wyraz twarzy… ale oczy.

Oczy były inne. Nie miały jej spojrzenia. Były zimne, obce, jakby należały do kogoś, kto patrzy na nią nie z ciekawością, lecz z pełną świadomością tego, co się dzieje.

Martyna stała obok, spokojna, jakby widziała to już wcześniej.

– Rozpoznajesz ją?

Kasia nie była w stanie odpowiedzieć.

Mężczyzna za jej plecami powoli podszedł bliżej, również patrząc w lustro, jego oddech stał się cichszy, jakby nagle znalazł się w miejscu, gdzie nawet dźwięk mógł być niebezpieczny.

Odbicie w lustrze… uśmiechnęło się. Ale Kasia nie ruszyła ustami. To nie była ona. To było coś innego.

– Kim jesteś? – wyszeptała Kasia.

Jej własny głos odbił się echem w tunelu, jakby kamienne ściany chciały go zatrzymać. Kobieta w lustrze przekrzywiła głowę, a potem powiedziała coś, co sprawiło, że wszystkie włoski na rękach Kasi stanęły dęba.

– Jestem tobą. Ale tą częścią, którą chciałaś zapomnieć.

Kasia wstrzymała oddech, czując, jak jej puls przyspiesza.

– To niemożliwe – wyszeptała, wpatrując się w swoje odbicie, które… nie było jej odbiciem.

Martyna milczała, obserwując ją, jakby już wiedziała, że do tego dojdzie. Mężczyzna obok niej nie spuszczał lustra z oczu, gotowy na wszystko. Odbicie w lustrze przekrzywiło głowę, z uśmiechem, który… nie należał do Kasi.

– Pamiętasz, co ukryłaś? – zapytało.

Kasia nie była pewna, co powinna zrobić. Czy to było prawdziwe? Czy to było tylko złudzenie? A jeśli była część niej, którą naprawdę próbowała zapomnieć?

Martyna położyła dłoń na ramieniu Kasi.

– To twoja decyzja. Możesz odejść. Możesz zapomnieć. Ale jeśli chcesz wiedzieć prawdę… musisz ją zaakceptować.

Kasia spojrzała na swoje odbicie, czując, że nie ma już odwrotu. I wtedy… odbicie w lustrze zrobiło coś, czego nikt się nie spodziewał – wysunęło rękę. Nie w sposób złowrogi. Nie w sposób agresywny. Ale jakby… chciało pomóc.

Kasia wzięła głęboki oddech, czując, jak jej serce wali niczym galopujący koń. Co powinna to zrobić?

Odbicie w lustrze wciąż trzymało wyciągniętą dłoń – cierpliwie, jakby wiedziało, że w końcu się zdecyduje.

Martyna nie mówiła nic. Mężczyzna stał nieruchomo, gotowy zareagować w każdej chwili.

Kasia powoli podniosła rękę. I wtedy… dotknęła odbicia. W momencie, gdy jej palce zetknęły się z taflą lustra, świat się zmienił. Nie była to gwałtowna eksplozja. Nie było błysku światła. To był cichy, płynny ruch, jakby rzeczywistość się przestawiła.

Kasia poczuła dziwne uczucie… jakby coś w niej drgnęło, jakby ukryta część jej samej w końcu się obudziła. I wtedy wszystko wokół się zmieniło.

Nie stała już w tunelu.

Nie było Martyny. Nie było mężczyzny. Była w… stajni. Ale nie w swojej. Nie w takiej, jaką znała. Konie stały spokojnie, ich oczy świeciły dziwnym blaskiem, jakby wiedziały coś, czego Kasia jeszcze nie odkryła.

Serce przyspieszyło, a ona rozglądała się wokół, próbując zrozumieć, co właśnie się wydarzyło. I wtedy usłyszała głos.

– Wróciłaś.

Kasia zadrżała, słysząc ten głos. „Wróciłaś.” Ale czy naprawdę wróciła? Przecież nigdy wcześniej tutaj nie była. Czyż nie? Serce biło jej szybciej, oddech stał się płytszy. Powoli obracała się wokół, starając się dostrzec, skąd pochodził ten głos. Konie w stajni patrzyły na nią zbyt spokojnie, jakby ich obecność była równie tajemnicza co to miejsce.

I wtedy…

Na końcu stajni zobaczyła postać. Kobieta. Nieznajoma. A może… nie tak całkiem nieznajoma? Jej twarz była ukryta w półmroku, ale Kasia czuła, że gdzieś już ją widziała. Kobieta zrobiła krok w jej stronę.

– Myślałaś, że możesz to zapomnieć?

Kasia zacisnęła pięści, choć nie była pewna, przeciwko czemu walczy.

– O czym mówisz?

Napięcie w powietrzu rosło. Kobieta stojąca przed Kasią nadal się nie ruszała, ale jej spojrzenie było… przeszywające, jakby nie tyle na nią patrzyła, co ją przenikała.

– Kim jesteś? – spytała Kasia, jej głos był twardszy, bardziej pewny siebie.

Kobieta przechyliła głowę lekko na bok, jakby zastanawiała się, czy warto udzielić odpowiedzi. A potem, z pozorną obojętnością, powiedziała:

– Kiedyś byłaś mną.

Kasia cofnęła się pół kroku, jakby jej własny organizm instynktownie próbował uciec od tych słów.

– Co to znaczy?

– To znaczy, że kiedyś byłaś kimś innym niż obecnie. A teraz…, wróciłaś tu, żeby sobie przypomnieć.

Martyna i mężczyzna uważnie obserwowali tę scenę w lustrze, ale nie powiedzieli ani słowa, jakby wiedzieli, że to Kasia musi sama dojść do tego, co tu się dzieje.

dla Kasi

tekst wygenerowany przez AI przy pomocy Ewy Damentki

Ciche jezioro – 35

Ciche jezioro drzemało w głębi gęstego lasu. Czasami budziło się i wsłuchiwało w odgłosy puszczy, w rozmowy zwierząt oraz drzew, mchów, grzybów i paproci. Potem znów zasypiało i znów się budziło, żeby sprawdzić, czy tym razem ktoś nie wrzucił do niego lodówki.

Bo, jak się okazuje, to był problem.

Nikt nie wiedział dlaczego, nikt nie wiedział kto, ale od jakiegoś czasu jezioro budziło się i znajdowało w sobie przedmioty, które nie miały prawa się tam znaleźć. Raz była to stara wanna. Innym razem rower, który wciąż miał dzwonek (i o dziwo działał). A najgorszego dnia – tego, o którym wszyscy w lesie mówili szeptem – pojawił się zegarek, który wydawał się odliczać czas do czegoś, czego nikt nie chciał znać.

Dzisiaj, ku absolutnej rozpaczy jeziora, dryfowała w nim lodówka.

– No, to już przesada – mruknęło jezioro, choć nikt nie był pewien, czy jeziora mogą mówić.

Wróżka Leokadia przyleciała na kontrolę i spojrzała na lodówkę z wyrazem absolutnego rozczarowania.

– Sprawdzam. – Uchyliła drzwiczki i… no tak. W środku nie było niczego, poza pojedynczym jogurtem o smaku brukselki.

Nagle… jogurt się poruszył.

Las wstrzymał oddech.

– Leokadio, zamknij to! – zawołało jezioro.

Ale było za późno.

Jogurt zaczął mówić.

– W końcu ktoś mnie znalazł. Teraz mogę dokończyć moje dzieło! – oznajmił tajemniczo.

Wróżka spojrzała na jezioro, jezioro spojrzało na wróżkę, a potem lodówka zamknęła się sama.

I zaczęła płynąć.

Dokąd? Po co? Co knuł jogurt o smaku brukselki?

Nikt nie wiedział.

Ale wszyscy mieli złe przeczucia.

Lodówka unosiła się na powierzchni jeziora z godnością należną tajemniczemu przedmiotowi, który ewidentnie miał własne plany. Las cicho obserwował, wróżka Leokadia próbowała nie myśleć o tym, co się właśnie wydarzyło, a jezioro… cóż, jezioro miało dość.

– Nie powinno tak być – mruknęło.

Ale było.

Lodówka zatrzymała się na środku jeziora, a woda wokół niej zaczęła… bulgotać. Nie jak gotująca się zupa. Nie jak zwykłe fale. To było bulgotanie celowe.

– To się dzieje – oznajmił jogurt o smaku brukselki z wnętrza lodówki.

Jego głos zabrzmiał jakby znał wielką tajemnicę, której nikomu nie zdradzi.

Wróżka podeszła do brzegu i uniosła różdżkę.

– Nie będziemy się na to zgadzać – powiedziała stanowczo.

Jogurt zaśmiał się w sposób, który nie powinien być możliwy dla produktu mlecznego.

– Zbyt późno.

I wtedy… lodówka zanurkowała.

Tak, dobrze czytasz. Lodówka zanurkowała. Jakby była statkiem podwodnym, jakby wiedziała, dokąd zmierza. Zniknęła pod powierzchnią, zostawiając po sobie jedynie kręgi na wodzie i niewypowiedziane pytanie, które unosiło się w powietrzu.

W lesie zapadła cisza. Wróżka Leokadia opuściła różdżkę. Jezioro zrobiło coś, czego jeszcze nigdy nie zrobiło – zadrżało w czystym przerażeniu.

Bo wszyscy wiedzieli jedno.

Lodówka wróci.

I nie wiadomo, co przywiezie ze sobą.

Lodówka zniknęła pod powierzchnią jeziora, ale las wciąż czuł jej obecność. Coś pod wodą szumiało, brzęczało, bulgotało w sposób, który absolutnie nie był naturalny. Wróżka Leokadia wpatrywała się w taflę wody z wyrazem absolutnego rozczarowania, jezioro wzdychało (jeśli jeziora mogą wzdychać), a jogurt o smaku brukselki… cóż, ten najwyraźniej miał plan.

– Nadszedł czas – dobiegł głos z głębin.

Jezioro wzdrygnęło się. Czas na co?

I wtedy… zaczęły wypływać różne rzeczy.

Najpierw widelec. Potem bardzo elegancki kapelusz. Następnie gumowa kaczka, która wydawała się świadoma swojej absurdalności. A potem, niczym ostatni element tajemnicy… kajak w pełni wyposażony w espresso i przekąski.

Leokadia masowała skronie.

– To się dzieje? – mruknęła.

Jezioro nie chciało tego komentować.

Aż w końcu, z wodnej otchłani… lodówka wynurzyła się ponownie. Tym razem otwarta.

I siedziała w niej… postać.

Nie człowiek. Nie zwierzę. Coś pośredniego. Ubrana w szlafrok, trzymała filiżankę herbaty i wyglądała na bardzo zadowoloną.

– W końcu! Czekałem na was! – oznajmił tajemniczy byt. – Ktoś chce herbaty?

Las wstrzymał oddech.

Jezioro miało ochotę się wyparować.

A Leokadia tylko pokręciła głową.

Bo czasem… nie warto zadawać pytań.

Lodówka wciąż unosiła się na jeziorze, a tajemnicza postać w szlafroku poprawiła filiżankę herbaty, jakby wszystko było zupełnie normalne.

Jezioro było w stanie egzystencjalnego kryzysu.

Wróżka Leokadia przestawiła się w tryb „nie mam na to siły”, a las… cóż, las po prostu obserwował.

– Więc? Kto chce herbaty? – zapytała postać w lodówce, unosząc drugi kubek, który materializował się w jej dłoni w sposób, który absolutnie nie miał prawa być logiczny.

Leokadia skrzyżowała ręce.

– Co TY robisz w lodówce?

Postać zerknęła na nią z wyrazem zaskoczenia.

– A gdzie indziej miałbym być?

No tak. Oczywiście. Bez sensu zadawać pytania.

Jezioro zmarszczyło metaforyczne brwi.

– Czy lodówka… ma jakiekolwiek właściwości magiczne? – spytało ostrożnie.

Postać odwróciła się w stronę wnętrza lodówki, jakby dopiero teraz zaczynała rozważać ten absurdalnie logiczny wątek.

– Hm. Może? Czasami robi sobie wycieczki. Ostatnio była na Marsie.

Las, wróżka, jezioro i absolutnie wszystko w promieniu kilku kilometrów właśnie doznało zawrotu głowy.

– Marsie.,, – powtórzyła Leokadia z desperacją.

– Tak! Dobrze się tam mrozi lody! – oznajmiła postać z uśmiechem.

Jezioro chciało się odparować z samej frustracji.

– Jak… jak to w ogóle działa?

Postać wzruszyła ramionami, jakby podróżująca międzyplanetarna lodówka była najbardziej zwyczajną rzeczą na świecie.

– Nie wiem. Może to przez jogurt.

I wtedy… lodówka zaczęła drżeć, ale nie w sposób, w jaki drżą lodówki po latach użytkowania. Nie jak urządzenie elektryczne na skraju awarii. To było drżenie celowe. Znaczące. Drżenie, które coś zapowiadało.

Wróżka Leokadia odruchowo zrobiła krok do tyłu. Jezioro wstrzymało oddech, a las…, cóż, las postanowił udawać, że go nie ma.

– Okej, to może być ciekawe – powiedziała postać w szlafroku, odstawiając filiżankę herbaty i zapinając pasy.

Pasów oczywiście nikt wcześniej nie zauważył. Ale… to była lodówka podróżująca na Marsa. Pewne rzeczy nie podlegały już logice.

Drżenie wzmogło się. Pokrywka jogurtu o smaku brukselki samoczynnie się uniosła, a ze środka wydobył się dźwięk, który można było porównać tylko do chóru śpiewających, bardzo zdeterminowanych gremlinów.

I wtedy… lodówka eksplodowała światłem.

Nie w sensie wybuchu. Nie w sensie zniszczenia. W sensie otwarcia portalu do absolutnie nieznanej rzeczywistości.

Światło było fioletowe. Trochę zielone. Nieco pomarańczowe, ale tylko w dolnym lewym rogu. I w jego centrum… wielki, majestatyczny kot w kapeluszu, który spojrzał na zgromadzonych z wyrazem głębokiego rozczarowania.

– Spóźniliście się – oznajmił.

Las starał się wyparować.

Jezioro podjęło decyzję o emigracji.

Leokadia… nie miała już pytań.

A postać w szlafroku pokiwała głową z uznaniem.

– Wiedziałem, że to będzie dobry dzień.

Lodówka znów zaczęła drżeć.

Lodówka znów zadrżała, jakby miała zamiar zrobić coś absolutnie nielogicznego, choć w świetle ostatnich wydarzeń, czy jakakolwiek logika miała jeszcze znaczenie?

Kot w kapeluszu, wciąż majestatycznie uniesiony w fioletowo-zielono-pomarańczowym portalu, westchnął z wyrazem rozczarowania, który można było porównać do nauczyciela obserwującego ucznia, który po raz setny próbuje włożyć długopis do nosa.

– Mieliście tu być przed trzema wymiarami.

Las postanowił podjąć próbę natychmiastowego fotosyntetycznego zniknięcia. Jezioro rozważało przekształcenie się w górę.

Wróżka Leokadia już nawet nie protestowała.

Postać w szlafroku, wciąż siedząca w lodówce, pokiwała głową.

– No tak, punktualność to klucz.

Kot przekręcił głowę w sposób, który sugerował, że w innym uniwersum mało kto przeżyłby jego ocenę sytuacji.

– Trudno. Musimy działać natychmiast.

I wtedy… lodówka otworzyła się szerzej. W jej środku już nie było jogurtu o smaku brukselki. Teraz było przejście. Do miejsca, którego absolutnie nikt nie powinien odwiedzać. I postać w szlafroku weszła do środka.

Jezioro zaniemówiło.

Las miał ochotę przekształcić się w pustynię.

A Leokadia tylko zamknęła oczy.

– Nie mamy już wyboru, prawda?

Kot w kapeluszu uśmiechnął się.

– Nigdy go nie mieliście.

Postać w szlafroku zniknęła w lodówce. A lodówka… zamknęła się.

Las zastygł w absolutnej ciszy, jezioro nawet nie próbowało oddychać (jeśli jeziora w ogóle oddychają), a wróżka Leokadia zrobiła jedyną rzecz, jaka wydawała się rozsądna – uszczypnęła się, aby sprawdzić, czy to wszystko nie było snem.

Nie było.

Kot w kapeluszu, wciąż unoszący się nad wodą w fioletowo-zielono-pomarańczowym portalu, wziął głęboki oddech, jakby właśnie kończył długi i skomplikowany wykład.

– No dobrze. Przejście się zamknęło. Teraz trzeba czekać.

Leokadia spojrzała na niego z absolutną frustracją.

– Czekać… na co?

Kot poprawił kapelusz.

– Na to, aż wróci.

Las podjął ostatnią desperacką próbę zmiany biomu na pustynię. Jezioro postanowiło przejść w tryb pasywnej egzystencji.

A wróżka Leokadia… po prostu westchnęła.

– Oczywiście, że tak.

I wtedy… Lodówka zaczęła drżeć ponownie. Ale tym razem było to inne drżenie. Coś się zbliżało. Coś powracało. I najwyraźniej… lodówka nie wracała sama. Lodówka drżała coraz mocniej, jakby przygotowywała się na coś, co absolutnie nie powinno mieć miejsca.

Las napiął swoje korzenie. Jezioro przybrało postawę defensywną (choć nikt nie wiedział, jak jeziora to robią). Wróżka Leokadia, po raz pierwszy w życiu, nie miała pojęcia, czy powinna uciekać, czy udawać, że nic się nie dzieje.

A kot w kapeluszu wyglądał na zadowolonego.

– Doskonałe. – mruknął, poprawiając kapelusz.

I wtedy… Lodówka się otworzyła. Z kek wnętrza wydobyło się jasne światło, które zmieniało kolory w sposób absolutnie chaotyczny – najpierw fioletowe, potem neonowo-zielone, następnie przez ułamek sekundy wyglądało jak marmurkowy wzór tapety z lat 70., aż w końcu… pojawiła się postać.

Ale to nie była postać w szlafroku. Nie była to też wróżka. Ani kot. To było coś niezrozumiałego, jakby rzeczywistość postanowiła zaszaleć i stworzyć istotę z czegoś, co nigdy wcześniej nie istniało.

Miała trzy ręce, ale dwie wydawały się czasami znikać. Nogi miała przynajmniej cztery, ale tylko wtedy, gdy ktoś patrzył bezpośrednio na nie. I mówiła… w języku, który jednocześnie był kompletnie obcy i dziwnie znajomy.

– Przybyłem. Czas rozpocząć wielki taniec lodówkowy.

Las wstrzymał oddech.

Jezioro odmówiło współpracy.

A Leokadia?

Leokadia nie była gotowa na taniec lodówkowy.

Lodówkowa istota uniosła jedną ze swoich (czasami istniejących) rąk i teatralnie wskazała na niebo.

– Czas rozpocząć rytuał!

Las poczuł się bardzo nieswojo.

Jezioro było już na etapie „udaję, że mnie nie ma”.

Wróżka Leokadia… no cóż, Leokadia nie miała już siły na logiczne analizy sytuacji.

– Ależ oczywiście. – westchnęła, krzyżując ręce. – Proszę, niech będzie rytuał. Co może pójść nie tak?

Istota zakręciła się.

Dosłownie.

Tak jakby jej fizyczna forma nie do końca rozumiała koncepcję grawitacji i zaczęła przypominać wibrującą galaretkę w kształcie spirali.

– Rozpoczynamy!

I wtedy… lodówka się uniosła.

Nie było to powolne, majestatyczne unoszenie. Nie. Lodówka pofrunęła w sposób absolutnie niekontrolowany, jakby nie mogła się zdecydować, czy chce być satelitą, czy wrócić do swojej pierwotnej funkcji przechowywania serka topionego.

Las zaczął panikować w szumie liści. Jezioro miało ochotę zmienić się w górę, a wróżka Leokadia desperacko szukała sposobu na unieważnienie całej tej sytuacji.

– Czy ktoś może mi powiedzieć, dlaczego lodówka postanowiła latać?! – wrzasnęła.

Kot w kapeluszu wyjął notes i zaczął pisać.

– To standardowa procedura. Za chwilę przemówi Wielka Istota Lodówkowa.

Wróżka zaniemówiła.

I wtedy… lodówka zatrzymała się w powietrzu.

Unosiła się dosłownie centymetr nad ziemią, jakby chciała zbudować napięcie.

Las nie oddychał.

Jezioro chciało wyparować z czystego stresu.

A Leokadia…

Leokadia już wiedziała, że nie będzie spać tej nocy.

Lodówka unosiła się w powietrzu, drżała, migotała delikatnym światłem, jakby zaraz miała ujawnić największą tajemnicę wszechświata.

Las nie oddychał.

Jezioro modliło się o natychmiastową teleportację w inne miejsce.

A wróżka Leokadia już mentalnie przygotowywała listę pytań, których i tak nikt nie był w stanie sensownie odpowiedzieć.

I wtedy… Lodówka przemówiła. Ale nie w sposób, w jaki mówił jogurt o smaku brukselki. Nie szeptem. Nie zagadką.

Jej głos był głęboki, majestatyczny, jakby pochodził z innej czasoprzestrzeni.

– Czas minął. Wielkie odliczanie się zakończyło.

Leokadia zmarszczyła brwi.

– Odliczanie… do czego?

Lodówka zadrżała. Pokrywa delikatnie uchyliła się…

A z jej wnętrza wydobył się eksplozja fioletowego konfetti, która całkowicie pokryła jezioro, las i wróżkę.

– Świętujmy! – oznajmiła lodówka radośnie.

Las doznał egzystencjalnego kryzysu.

Jezioro miało konfetti na całej powierzchni i nie wiedziało, jak się z tym czuć.

A Leokadia powoli, bardzo powoli, przecierała twarz, strącając z siebie warstwy brokatowych ozdób.

– Ty mi mówisz, że cała ta lodówkowa saga była… zapowiedzią imprezy?!

Kot w kapeluszu pokiwał głową.

– Tak. I jesteście wszyscy zaproszeni!

Leokadia nie była na to gotowa.

A jezioro?

Jezioro podjęło decyzję, że od jutra zostaje bagnem.

Lodówkowa impreza właśnie się rozpoczęła.

Konfetti wciąż opadało na jezioro, tworząc absurdalną, brokatową warstwę na jego powierzchni, a kot w kapeluszu wyciągnął znikąd gramofon, który zaczął grać muzykę, której nikt nie znał, ale wszyscy natychmiast rozpoznali.

Las próbował uciec, ale drzewa niestety były przywiązane do ziemi, więc mogły jedynie drżeć z absolutnego niedowierzania.

Jezioro całkowicie zrezygnowało z funkcji bycia jeziorem.

A wróżka Leokadia?

Leokadia już nawet nie protestowała.

– Dobrze. Niech będzie. Tańczmy.

Kot w kapeluszu uśmiechnął się.

– Najpierw musimy przywitać naszych specjalnych gości!

I wtedy… lodówka znów się otworzyła.

Ale tym razem… nie było już tylko światła.

Z wnętrza zaczęły wychodzić najbardziej absurdalne postacie, jakby lodówka była portalem do równoległego wymiaru, w którym im większy chaos, tym lepiej.

Najpierw pojawił się pingwin w cylindrze. Potem krokodyl w garniturze, który niósł tacę pełną kanapek. Następnie jednorożec w okularach przeciwsłonecznych, który najwyraźniej pełnił funkcję DJ- a. A na końcu… Jogurt o smaku brukselki.

– Wracamy! – oznajmił jogurt z dumą.

Las był na skraju załamania nerwowego.

Jezioro podjęło decyzję o oficjalnym zamknięciu się na wszelką logikę.

A Leokadia spojrzała na konfetti, na tańczącego pingwina, na lodówkę i powiedziała tylko jedno:

– Niech to już się skończy.

Impreza z lodówką trwała w najlepsze, choć jezioro, las i wróżka Leokadia miały absolutnie dość.

Pingwin w cylindrze tańczył z niezwykłą gracją, krokodyl w garniturze rozdawał kanapki, a jednorożec DJ już zdążył zmiksować hymn lasu na basową wersję, która sprawiła, że drzewa zaczęły delikatnie podrygiwać.

Leokadia przecierała oczy, próbując pogodzić się z rzeczywistością, której nie chciała zaakceptować.

– Czy to się kiedyś skończy? – mruknęła, patrząc na konfetti, które wciąż niestrudzenie opadało na jezioro, jakby ktoś ustawił je w nieskończonej pętli.

Kot w kapeluszu poprawił swój majestatyczny strój i spojrzał na nią z wyrazem absolutnej powagi.

– Nie.

I wtedy… lodówka znów się otworzyła, ale tym razem nie wyłonił się kolejny absurdalny gość.

Tym razem wyłoniła się… karteczka.

Leokadia podeszła ostrożnie, spojrzała na mały, niewinnie wyglądający skrawek papieru i przeczytała na głos:

– Impreza zakończy się dopiero wtedy, gdy wszyscy zatańczą taniec pingwina.

Las zadrżał z absolutnej paniki.

Jezioro podjęło decyzję o tymczasowym wyparowaniu.

A Leokadia spojrzała na tańczącego pingwina, który uśmiechnął się niezwykle podejrzanie.

– Nie ma mowy.

Pingwin w cylindrze zatrzymał swój taniec i spojrzał na Leokadię z wyrazem absolutnego wyzwania.

– Nie masz wyboru.

Las drżał.

Jezioro, pokryte warstwą konfetti, wciąż udawało, że nie istnieje.

Kot w kapeluszu poprawił notatnik, jakby przygotowywał się na wielki finał.

A Leokadia nie była gotowa na taniec pingwina.

– Nie ma mowy – powtórzyła.

Pingwin uśmiechnął się jeszcze szerzej, aż podejrzanie szeroko.

– Ale czy jesteś pewna? Bo według zasad imprezy…

I wtedy lodówka znów się otworzyła.

Leokadia natychmiast się odsunęła, bo wiedziała, że za każdym razem, gdy ta lodówka się otwiera, dzieją się rzeczy, które absolutnie nie powinny mieć miejsca.

Z wnętrza wydobył się zwiastun absolutnego chaosu – fioletowe światło, delikatne drganie rzeczywistości i…

Instrukcja tańca pingwina, napisana złotymi literami.

Leokadia wpatrywała się w tekst przez dłuższą chwilę, próbując przetworzyć fakt, że lodówka uczyła ją choreografii.

Pingwin poprawił cylinder.

– Nie walcz z przeznaczeniem.

Las próbował się przekręcić w inne miejsce.

Jezioro odmówiło jakiejkolwiek interakcji.

A Leokadia westchnęła.

– Dobrze. Ale obiecajcie, że to już koniec.

Kot w kapeluszu spojrzał na nią z absolutną powagą.

– Nic nie kończy się tak łatwo.

I wtedy… impreza weszła na wyższy poziom.

Taniec pingwina rozpoczął się.

I to nie w zwykły sposób.

Nie było tu prostych, klasycznych ruchów. Nie, nie.

Las zadrżał, widząc pierwszą choreografię.

Jezioro wciąż pokryte konfetti próbowało wycofać się z sytuacji.

A wróżka Leokadia, mimo całej swojej wewnętrznej walki, zaczęła tańczyć.

I wtedy… coś się zmieniło. Nie była to zwykła impreza. Nie była to zwykła lodówka. To było coś większego.

Lodówka zamrugała światłem, a z jej wnętrza wydobyło się nowe przesłanie. Złote litery pojawiły się w powietrzu, błyszcząc nad wszystkimi uczestnikami:„Po osiągnięciu najwyższego poziomu tańca, nastąpi ostateczne objawienie”.

Leokadia natychmiast zatrzymała ruch.

– Nie, nie, nie, NIE MA OBJAWIEŃ!

Pingwin uśmiechnął się zbyt szeroko.

Kot w kapeluszu poprawił cylinder i powiedział z absolutną powagą:

– Objawienie jest nieuniknione.

Jezioro… próbowało wyparować ze stresu.

Las postanowił na wszelki wypadek zacząć modlitwę do neutralnych sił natury.

Leokadia zamknęła oczy i pogrążyła się w wewnętrznym rozważaniu wszystkich swoich życiowych decyzji.

A lodówka… zaczęła się otwierać. Otwierała się powoli, a wszyscy obserwowali to z niezdrową mieszanką strachu, ciekawości i desperackiej potrzeby zrozumienia, dlaczego to w ogóle się dzieje.

Las drżał, próbując przeformować się w cokolwiek innego niż las.

Jezioro, całkowicie pokryte konfetti, podjęło decyzję o natychmiastowym udawaniu, że jest tylko dużą kałużą.

A wróżka Leokadia zamknęła oczy i pogrążyła się w wewnętrznym rozważaniu wszystkich swoich życiowych decyzji, gotowa na to, że oto nadszedł jej koniec.

I wtedy… objawienie się wydarzyło. Ale nie było to objawienie kosmiczne. Nie było to też objawienie mistyczne. Nie było nawet objawienie apokaliptyczne.

To był… oczywiście tort.

Wielki, potężny tort w kolorze absolutnie absurdalnej tęczy. Jego warstwy były niemożliwe do logicznego zrozumienia – lodowa polewa, nadzienie o smaku chmury, lukier, który zmieniał kolory zależnie od poziomu szczęścia obserwatora.

Leokadia patrzyła na tort z całkowitą pustką w umyśle.

Kot w kapeluszu uśmiechnął się.

– Właśnie. To było to. Objawienie.

Leokadia wzięła głęboki oddech.

– Cała ta saga lodówkowa… była o torcie.

Pingwin w cylindrze klasnął w skrzydła z ogromnym entuzjazmem.

– Dokładnie! W końcu możemy jeść!

Las chciał zapomnieć o całym swoim istnieniu.

Jezioro oficjalnie ogłosiło, że przechodzi na emeryturę.

A Leokadia po prostu usiadła i zjadła kawałek tortu. I, ku jej absolutnemu zaskoczeniu, był wyśmienity.

Lodówka stała nieruchomo.

Impreza trwała, konfetti wciąż spadało z nieba (i absolutnie nikt nie wiedział, skąd ono się bierze). Kot w kapeluszu degustował tort, pingwin w cylindrze prezentował nowe figury taneczne, a krokodyl w garniturze rozdawał filiżanki herbaty, jakby to było najbardziej normalne spotkanie na świecie.

Wróżka Leokadia wpatrywała się w tort, w lodówkę i w całą tę absurdalną scenę z wyrazem totalnej rezygnacji.

– Dobrze. Wszyscy dostaliśmy tort. Lodówka otworzyła swój portal do chaosu. Możemy już… skończyć?

Kot w kapeluszu pokręcił głową.

– Nie, nie, nie. Jeszcze jedna rzecz.

Leokadia wiedziała, że tak będzie.

Jezioro próbowało przemienić się w mgłę, ale niestety nie było do tego zdolne.

Las zaczynał się psychicznie wyłączać.

A lodówka zadrżała znowu…

I wtedy… wydobył się z niej dźwięk, którego nikt się nie spodziewał.

Był melodyjny.

Był hipnotyzujący.

Był… motywem muzycznym z programu kulinarnego sprzed lat.

Pingwin w cylindrze natychmiast wyciągnął mikrofon.

– Nadszedł czas na wielki finał: kulinarny konkurs lodówki!

Leokadia spojrzała na niego z wyrazem czystego niedowierzania.

– Nie ma mowy.

Ale było już za późno. Stoły się ustawiły. Fartuchy się materializowały. Krokodyl w garniturze został sędzią.

A jezioro… jezioro postanowiło po prostu zaakceptować swój los.

I tak oto lodówka zamieniła się w arenę kulinarnego chaosu.

Jezioro zaakceptowało swój los jako tło dla najbardziej absurdalnego konkursu wszechświata.

Las próbował przekonać siebie, że to się nie dzieje.

Wróżka Leokadia spojrzała na fartuch, który sam się zawiązał wokół jej talii, i wiedziała jedno – nie ma odwrotu.

Pingwin w cylindrze wskoczył na scenę, rozłożył skrzydła i donośnie oznajmił:

– Witamy w Wielkim Turnieju Lodówkowej Kuchni!

Kot w kapeluszu poprawił notatnik i dodał:

– Reguły są proste. Gotujemy. Tworzymy. Degustujemy. I pamiętajcie… lodówka decyduje, kto wygra.

Leokadia natychmiast zatrzymała się.

– Przepraszam, czy lodówka… ocenia?

Krokodyl w garniturze, który pełnił funkcję głównego jurora, skinął głową.

– Oczywiście. Lodówka ma bardzo wyrafinowany gust.

Jezioro chciało zniknąć w najbliższym możliwym wirze czasoprzestrzennym.

Las błagalnie prosił wszechświat o natychmiastowy reset.

A Leokadia spojrzała na zestaw składników przed sobą: brukselki, fioletowego cukru, magicznego mleka i absolutnie podejrzanej puszki, której nie miała odwagi otworzyć.

– Dobrze. Skoro już muszę gotować dla lodówki, to niech będzie.

Pingwin w cylindrze klasnął skrzydłami z entuzjazmem.

– Zaczynajmy!

Turniej kulinarny rozpoczął się z całą siłą absurdu, którą tylko lodówka mogła zainspirować.

Pingwin w cylindrze zręcznie mieszał składniki w garnku, krokodyl w garniturze dokładnie oceniał prezentację każdego dania, a kot w kapeluszu, jako oficjalny dokumentalista, notował wszystkie dramatyczne zwroty akcji.

Jezioro wciąż próbowało udawać, że nie jest częścią tej historii.

Las wydał oficjalne oświadczenie, że nie ponosi odpowiedzialności za to, co się tutaj dzieje.

A wróżka Leokadia nie wiedziała, dlaczego gotuje brukselkowy krem z dodatkiem magicznego mleka i tajemniczej puszki, ale przynajmniej wyglądało to na jadalne.

Lodówka drżała w napięciu, obserwując z absolutnym skupieniem, jak każdy uczestnik kończy swoje danie.

I wtedy… nadszedł moment oceny. Krokodyl w garniturze przyjął poważną minę. Pingwin poprawił cylinder. Kot w kapeluszu rozpoczął ceremonię degustacji. Ale zanim ktokolwiek zdążył spróbować pierwszej potrawy…

Lodówka niespodziewanie zaczęła mówić.

– A teraz… Czas na ostateczny test.

Las zamarł.

Jezioro wstrzymało swój metaforyczny oddech.

Leokadia nie była gotowa na kolejny test.

Lodówka zaczęła drżeć z niespotykaną intensywnością, jakby cała jej misja właśnie zmierzała do wielkiego finału.

Las nie miał już siły na reakcję.

Jezioro zaakceptowało swój nowy status jako tło dla kompletnie absurdalnych wydarzeń.

A wróżka Leokadia była gotowa na wszystko.

I wtedy… lodówka się otworzyła.

Ale tym razem z jej wnętrza wydobył się ogromny napis w neonowych literach:

– GRATULACJE! PRZESZLIŚCIE PRÓBĘ LODÓWKOWEGO CHAOSU!

Pingwin w cylindrze wykonał spektakularny obrót i z radością oznajmił:

– TAK! Udało się!

Kot w kapeluszu przytaknął z szacunkiem.

– Nie każdy przechodzi tę próbę.

Leokadia nie miała już żadnych pytań.

Jezioro wydało z siebie cichy, metaforyczny westchnienie ulgi.

Las… postanowił udawać, że nigdy nie był częścią tej historii.

A lodówka? Lodówka znów się zamknęła. I po chwili… zniknęła. Bez dźwięku. Bez błysku światła. Po prostu… zniknęła, jakby nigdy jej tu nie było.

Nastała cisza.

Wróżka Leokadia spojrzała na wszystkich.

– Więc… to koniec?

Kot w kapeluszu dopił swoją herbatę i powiedział spokojnie:

– Może. A może kiedyś… lodówka powróci.

Jezioro zadrżało na samą myśl.

Pingwin wziął ostatni kawałek tortu i powiedział:

– Kto chce zatańczyć jeszcze raz?

Wszyscy wciąż stali w miejscu, oszołomieni faktem, że lodówka zniknęła, jakby nigdy jej tu nie było.

Las powoli wracał do normalności, chociaż wciąż miał egzystencjalne wątpliwości co do tego, co właśnie się wydarzyło.

Jezioro, nadal pokryte konfetti, przyjęło swoją nową rzeczywistość jako całkiem dobrze udekorowane zbiornik wodny.

Wróżka Leokadia spojrzała na wszystkich i ostatecznie stwierdziła:

– Nie chcę już nigdy więcej rozmawiać o lodówkach.

Kot w kapeluszu uśmiechnął się tajemniczo.

– Ale czy ona naprawdę odeszła?

Las wstrzymał oddech.

Jezioro odmówiło komentarza.

Leokadia powoli spojrzała na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą była lodówka, jakby podejrzewała, że w każdej chwili może pojawić się ponownie.

I wtedy…

Zza drzew rozległ się cichy, złowieszczy brzęk lodówki otwieranej w oddali.

Jezioro, las i wróżka Leokadia zamarli, bo zrozumieli, że całkiem niedaleko ktoś…, gdzieś…, jeszcze miał jakąś lodówkę.

tekst wygenerowany przez AI przy pomocy Ewy Damentki

Koperta z ważnymi dokumentami – 44

Koperta z ważnymi dokumentami zsunęła się i spadła za komodę. Mężczyzna pilnie jej potrzebował. Z trudem odsunął więc ciężki mebel od ściany i znieruchomiał ze zdziwienia. Zobaczył tajemniczy tunel prowadzący w głąb ziemi. Serce zaczęło mu bić szybciej, ale ciekawość zwyciężyła. Wziął latarkę i wszedł do tunelu.

Tunel był wąski i ciemny, a jego ściany pokryte były dziwnymi symbolami. Po kilku minutach marszu mężczyzna dotarł do dużej, podziemnej komnaty. Na środku stał starożytny ołtarz, a wokół niego leżały różne artefakty. Na ołtarzu spoczywała księga, która wydawała się emanować dziwnym, nieziemskim światłem.

Mężczyzna podszedł bliżej i otworzył księgę. Strony były zapisane w nieznanym mu języku, ale jedna z ilustracji przedstawiała coś, co wyglądało jak rytuał. Nagle poczuł, że nie jest sam. Odwrócił się i zobaczył postać w długiej, czarnej szacie, która zbliżała się do niego.

– Kim jesteś? – zapytał mężczyzna, starając się zachować spokój.

– Jestem strażnikiem tej księgi – odpowiedziała postać. – Nie powinieneś tu być.

Mężczyzna cofnął się o krok, ale postać zbliżała się coraz bardziej.

– Chciałem tylko odzyskać kopertę – odpowiedział.

– Teraz, gdy już tu jesteś, musisz dokonać wyboru – powiedział strażnik. – Możesz odejść z kopertą, ale zapomnisz wszystko, co tu widziałeś. Albo możesz pozostać i poznać tajemnice tej księgi, ale nigdy nie wrócisz do swojego dawnego życia.

Mężczyzna zastanawiał się przez chwilę. Wiedział, że dokumenty w kopercie są ważne, ale tajemnice księgi kusiły go niezmiernie. W końcu podjął decyzję.

– Zostanę – powiedział stanowczo.

Strażnik uśmiechnął się tajemniczo.

– Tak myślałem – powiedział. – Twoje życie już nigdy nie będzie takie samo.

Mężczyzna poczuł, jak dziwna energia przenika jego ciało. Wiedział, że dokonał wyboru, który na zawsze zmieni jego los.

tekst wygenerowany przez AI przy pomocy Ewy Damentki

Ciche jezioro – 23

Ciche jezioro drzemało w głębi gęstego lasu. Czasami budziło się i wsłuchiwało w odgłosy puszczy, w rozmowy zwierząt oraz drzew, mchów, grzybów i paproci. Potem znów zasypiało i znów się budziło, żeby usłyszeć coś, czego nigdy wcześniej nie słyszało. Szept, cichy i urywany, niosący się nad wodą, jakby należał do kogoś, kto wcale nie chciał być usłyszany.

Była to noc bez wiatru, bez ruchu, bez najmniejszego szelestu. Las zdawał się wstrzymywać oddech, gdy jezioro otworzyło swoje ciemne oczy – gładką, lustrzaną powierzchnię – i zobaczyło kogoś na brzegu. Postać stała nieruchomo, a jej cień rozciągał się po wodzie w sposób, który przeczył logice. Jezioro nie znało tej sylwetki. I choć powinno być spokojne, poczuło… niepokój.

Postać drgnęła. Zrobiła krok w stronę jeziora, a wtedy tafla zadrżała, choć powietrze było nieruchome. Szept powrócił, mocniejszy tym razem, formując słowa, których sens ginął w mroku. Las słuchał, jezioro słuchało, ale żadne z nich nie rozumiało.

A potem woda rozstąpiła się.

Ciemność pod powierzchnią nigdy nie była tak głęboka. Jakby jezioro otwierało coś, co od wieków było zamknięte. Postać sięgnęła dłonią w stronę wody, a las, w nagłym przypływie przerażenia, zaczął szaleńczo szumieć. Liście drżały, zwierzęta uciekły, a księżyc, jakby ostrzeżony, skrył się za chmurami.

Wtedy jezioro nagle się zatrzasnęło, a szept umilkł. Noc wróciła do swojej ciszy. Ale jezioro nie spało już tak spokojnie jak dawniej. Coś się zmieniło. Coś zostało obudzone. I czekało.

Las zamarł. Nie drżał już w ostrzegawczym szumie, nie uciekał przed tym, co przed chwilą próbowało się wydostać. Czekał.

A jezioro… milczało.

Postać leżała na brzegu, jej palce wciąż lśniły od wody, której dotknęła, ale ta wilgoć była dziwna, zbyt chłodna, jakby niosła ze sobą coś więcej niż tylko odbicie księżyca.

I wtedy ziemia pod postacią lekko się zapadła.

Nie była to zwykła miękka gleba, nie był to poślizg na mokrych liściach. To było coś innego, jakby jezioro nie chciało jej puścić. Jakby wciągało ją powoli, niezauważalnie, z każdym oddechem coraz głębiej w swoją tajemnicę.

Postać podniosła się na łokciach, ale zanim zdążyła stanąć na nogi, coś przecięło ciszę, szept, głębszy, pewniejszy.

– Zostań.

Nie brzmiało to jak prośba. Nie brzmiało jak rozkaz. Brzmiało… jak fakt.

Las znów poruszył się, tym razem delikatnie, jakby chciał ją ostrzec. A jezioro… było nieruchome.

Tylko w jego najgłębszych zakątkach coś nadal się budziło.

I teraz już wiedziało, że ma gościa.

Ziemia pod postacią drżała niemal niezauważalnie – jak cichy puls jeziora, które wcale nie chciało jej wypuścić. Mgła przy brzegu zgęstniała, unosząc się w wirujących pasmach, a las, jakby nagle świadomy tego, co się dzieje, znów począł szeptać, ale tym razem jego szept był pełen ostrzeżeń.

Postać wzięła głęboki oddech i spróbowała się wycofać. Jednak gdy tylko zrobiła krok do tyłu, woda przy brzegu poruszyła się w sposób, który nie miał prawa być naturalny. Fale nie odpływały od lądu, one płynęły w przeciwną stronę, jakby zapraszały ją z powrotem do siebie.

– Zostań.

Słowo znów przecięło ciszę, tym razem nie jako szept, ale jako coś głębokiego, wibrującego w samym powietrzu.

Las ucichł.

Postać spojrzała na wodę, a jej odbicie było… inne. Nie poruszało się zgodnie z jej ruchem. Nie odwzorowywało jej w sposób, w jaki powinno.

A potem… odbicie się uśmiechnęło.

Nie był to jej uśmiech.

Nie był to żaden uśmiech, który powinien istnieć na tym świecie.

Woda zadrżała, ziemia się poruszyła, a noc nagle stała się zbyt długa.

Czy powinna uciekać? Czy może było już za późno?

Noc zdawała się rozciągać ponad miarę, jakby czas wokół jeziora płynął inaczej – wolniej, ciężej, w dziwnej, mrocznej pulsacji. Postać zrobiła krok do tyłu, próbując wyrwać się spod hipnotycznego wpływu własnego… czy raczej nie- własnego odbicia.

Ale to odbicie nie zamierzało odpuścić.

Woda zatrzęsła się, fale zaczęły krążyć w nieregularnych, niepokojących spiralach, jakby powierzchnia jeziora oddychała. I wtedy, z głębin, coś wyłoniło się, ledwie widoczne w mroku, jak cień oderwany od rzeczywistości.

– Nie uciekaj.

Szept tym razem był tuż obok. Nie dobiegł z wody. Nie rozszedł się wśród drzew. Był… przy uchu.

Postać zamarła. Nagle jej własny oddech stał się głośniejszy niż cokolwiek innego, serce waliło jak szalone, a jezioro, jakby wyczuwając ten strach, uśmiechnęło się raz jeszcze, tym razem nie w odbiciu. Tym razem… na powierzchni wody.

– Wróciłaś.

To nie było pytanie.

Las jęknął, jakby chciał ją wyciągnąć z tej pułapki, z tego sennie pogrążonego miejsca, w którym jezioro budziło swoje wspomnienia.

Ale było już za późno.

Coś z głębin wyciągnęło ku niej rękę.

A ona, ku własnemu przerażeniu, wiedziała…, że tym razem jej nie wypuści.

Jezioro zdawało się oddychać – powolnym, głębokim, niemal hipnotycznym rytmem. Powierzchnia falowała leniwie, jakby coś pod spodem… poruszało się.

Postać wciąż stała na brzegu, nieruchoma, wstrzymując oddech. Dłoń – ta sama, która uniosła się z głębin – zatrzymała się na moment w powietrzu. Woda ściekała z jej palców w nieregularnych, pulsujących kroplach, które nie wydawały żadnego dźwięku, mimo że powinny.

– Wróciłaś.

Nie było już wątpliwości. Te słowa nie odnosiły się do kogoś innego. Nie były przypadkowe.

One były dla niej.

Postać cofnęła się. A wtedy las… zadrżał.

Nie w naturalny sposób, nie jak podczas wiatru, nie jak pod wpływem kropli deszczu. Zadrżał w ostrzegawczym, niemal błagalnym ruchu. Gałęzie wydawały się wyciągać w jej stronę, jakby chciały ją odciągnąć od brzegu. Jakby wiedziały coś, czego ona jeszcze nie rozumiała.

Ale było za późno.

Jezioro… rozsunęło się.

Nie jak zwykła woda, która przyjmuje każdy kształt bez oporu. Nie jak tafla, która reaguje na dotyk. Ono rozstąpiło się w sposób zamierzony.

I wtedy z głębin wynurzyło się coś, co nie powinno istnieć.

Nie było to zwierzę. Nie był to człowiek. Nie było to nic, co można nazwać.

Ale znało ją.

A ona, ku własnemu przerażeniu, zdała sobie sprawę, że zna je również.

Czy powinna uciekać? Czy było już za późno?

Jezioro pulsowało, choć woda pozostawała nieruchoma. Ciemność wokół wydawała się gęstnieć, jakby coś niewidzialnego ściągało noc głębiej do siebie.

Postać stała w miejscu, jej oddech był płytki, niepewny. Wiedziała, że coś wynurzało się z głębin, że znało ją w sposób, który przeczył wszelkiej logice. Ale najgorsze było to, że… ona też zaczynała pamiętać.

Nie była tu po raz pierwszy. Nie przyszła tu przypadkiem.

Woda poruszyła się, rozstępując na ułamek sekundy w niemal rytmiczny sposób, jakby jezioro biło własnym sercem. A wtedy… pojawiły się oczy.

Nie były ludzkie. Nie były zwierzęce. Były… czymś więcej. Czymś starym. Czymś, co czekało.

Postać zrobiła krok do tyłu.

– Nie uciekaj.

Głos nie był już szeptem. Był wszędzie. W powietrzu. W wodzie. W ziemi.

I wtedy zrozumiała.

Ona tu należała.

Czy to była tajemnica, której nigdy nie powinna odkryć? A może… powinna spojrzeć w oczy temu, co na nią czeka?

Jezioro było teraz żywe, pulsowało cichym, hipnotycznym rytmem, a ciemność w jego głębinach zdawała się wciągać noc jeszcze głębiej.

Postać oddychała szybko, ale nie była już pewna, czy to strach, czy… coś innego. Coś, co zdawało się w niej rosnąć od chwili, gdy spojrzała w te oczy.

Nie były ludzkie. Nie były zwierzęce. Były czymś więcej. Czymś znanym.

Las cicho jęknął w szumie liści, a mgła przy brzegu zgęstniała. Była teraz tak gęsta, że zdawała się mieć własną masę, własną świadomość.

– Nie uciekaj.

Głos tym razem nie brzmiał jak rozkaz. Był prośbą.

Ale prośbą od kogo?

Postać spojrzała w głąb jeziora, w te oczy, w tę ciemność, w ten bezdenny puls, który zdawał się bić w rytm jej własnego serca.

I wtedy pamięć wróciła.

Nie była tu po raz pierwszy. To jezioro znało ją…, bo kiedyś była jego częścią.

Ale dlaczego o tym zapomniała?

Woda poruszyła się, tworząc wiry, które zdawały się przywoływać ją do siebie. Nie było już strachu. Nie było już pytań. Było tylko zrozumienie, które rosło w niej jak echo dawnej prawdy.

Czy powinna zrobić krok naprzód?

Czy to było jej przeznaczenie?

A może… miała wybór?

Postać stała na granicy dwóch światów – tego, który znała, i tego, który zdawał się przywoływać ją z głębin jeziora. Czuła puls wody, rytmiczny, hipnotyczny, przypominający bicie serca, które nie należało do niej, a jednocześnie… wydawało się dziwnie znajome.

Jezioro zdawało się czekać.

– Pamiętasz już?

Głos nie rozbrzmiewał w powietrzu. Nie pochodził z lasu. Był wszędzie – jakby wypływał prosto z jej umysłu, budząc wspomnienia, których dotąd nie miała.

A może… miała je zawsze, tylko były ukryte?

Woda przy brzegu zaszemrała, rozstępując się w ledwie dostrzegalnym ruchu. W ciemności pod powierzchnią nie było dna. Było coś więcej – coś, co znało jej imię, jej przeszłość, jej sekret.

Las błagalnie zaszeleścił. Liście drżały, gałęzie wyginały się jak ramiona chcące ją odciągnąć. Bo jeśli zrobi krok…, jeśli wejdzie do jeziora…, to czy jeszcze kiedykolwiek będzie częścią świata, z którego przyszła?

A może już od dawna była częścią tego świata?

Jezioro pulsowało.

Czekało.

Czy powinna zrobić krok naprzód?

A może zbyt późno, by się cofnąć?

Jezioro zdawało się pulsować coraz szybciej, a woda wokół brzegów poruszała się w sposób, który przeczył naturze – nie jak fale niesione przez wiatr, lecz jak coś żywego, coś oczekującego.

Postać wstrzymała oddech. Oczy w głębinach nie mrugały. Czekały.

Mgła zgęstniała tak bardzo, że niemal wydawało się, jakby miała własną masę, własny cel. A las…, las już nie szeptał. Las się cofnął. Drzewa zdawały się oddalać, jakby nie chciały być świadkami tego, co zaraz miało się wydarzyć.

– Zrobisz to?

Głos był bliżej. Nie szeptał, nie kusił, nie nakazywał. Był pewny, jakby odpowiedź była już znana.

Postać spojrzała na taflę wody.

I zrobiła krok.

Nie w tył.

Naprzód.

Jezioro zadrżało. Powierzchnia rozstąpiła się jak żywe lustro, a woda nie pochłaniała jej w sposób, w jaki powinno działać zwykłe jezioro. Nie było chłodu, nie było lodowatego dotyku.

Było powitanie.

– Jesteś nasza.

Ostatnie, co las usłyszał, zanim mgła wciągnęła wszystko w siebie, to cichy śmiech – nie przerażony, nie szalony. Śmiech kogoś, kto wreszcie pamiętał, kim naprawdę jest.

A jezioro?

Jezioro znów zasnęło. Spało długo i często… ale już nigdy tak samo jak wcześniej.

tekst wygenerowany przez AI przy pomocy Ewy Damentki

Ciche jezioro – 18

Ciche jezioro drzemało w głębi gęstego lasu. Czasami budziło się i wsłuchiwało w odgłosy puszczy, w rozmowy zwierząt oraz drzew, mchów, grzybów i paproci. Potem znów zasypiało i znów się budziło, żeby sprawdzić, czy bóbr Stefan znowu ukradł mu kawałek brzegu na swoje wiecznie nieukończone budowle. Jezioro westchnęło (oczywiście, jeśli jeziora mogą wzdychać) i przygotowało się na kolejny odcinek telenoweli pod tytułem „Bóbr kontra natura”.

Właśnie wtedy zza paproci wychynął Stefan, dumny jak paw, z gałęzią większą niż on sam.

– Idealna na balkon! – oznajmił głośno i zanurzył się w wodzie.

Jezioro jęknęło, bo wiedziało, że skończy się to kolejną absurdalną konstrukcją, która prędzej czy później rozpadnie się pod naporem kaczek.

Ale tym razem sama natura postanowiła działać. Na arenę wkroczyła Wróżka Wodna, strażniczka jeziornej równowagi, która miała dość bobrowych remontów.

– Stefan, na litość, kiedy ty skończysz ten dom?! – zawołała, opierając się na grzybie o podejrzanie filozoficznym wyrazie kapelusza.

Bóbr spojrzał na nią urażony.

– Dom? To nie jest dom! To jest projekt życia! Moja wizja! Moje arcydzieło! – machnął łapką teatralnie, rozchlapując wodę.

Jezioro przewróciło w sobie oczami.

Na to wróżka tylko westchnęła i rzuciła zaklęcie. I nagle… Stefan obudził się w idealnie gotowej, pięknej, solidnej bobrowej tamie.

Spojrzał na budowlę i aż zakwilił:

– Ale… gdzie moja improwizacja?! Gdzie moje poprawki?!

Jezioro zamrugało radośnie, a kaczy chór w tle zaintonował triumfalny hymn. Stefan nie miał wyboru, musiał pogodzić się z faktem, że oto, po raz pierwszy w życiu, skończył coś na czas. I jak na ironię… wcale mu się to nie podobało.

Cóż, życie w lesie potrafi być pełne niespodzianek!

tekst wygenerowany przez AI przy pomocy Ewy Damentki

Na kamieniu – 50

Na kamieniu wystającym z morza przysiadła piękna syrena. Wygrzewała się w ciepłych promieniach słońca i rozmyślała o tajemniczych krainach, które mogłyby istnieć poza horyzontem. Jej spokój został nagle przerwany przez odgłos motorówki zbliżającej się do brzegu. Syrena z ciekawością obserwowała, jak z łodzi wysiadł mężczyzna w eleganckim garniturze, trzymający w ręku skórzaną teczkę.

Mężczyzna rozejrzał się nerwowo, a następnie zaczął kopać w piasku, jakby czegoś szukał. Po chwili wyciągnął z ziemi małą, metalową skrzynkę. Otworzył ją i wyjął z niej plik dokumentów oraz kilka drogocennych klejnotów. Zaintrygowana syrena uważnie go obserwowała.

Nagle, z krzaków wyłoniła się kobieta w ciemnym płaszczu.

– To koniec, Marku – powiedziała stanowczo i dodała – Myślałeś, że uda ci się uciec z dowodami? Policja już tu jest.

Marek spojrzał na nią z przerażeniem.

– Nie możesz tego zrobić, Agnieszko. To wszystko było dla nas! – krzyknął, ale było już za późno.

Z oddali dało się słyszeć syreny policyjne.

Syrena, będąc świadkiem tej dramatycznej sceny, zrozumiała, że świat ludzi jest pełen tajemnic i niebezpieczeństw.

Zanim policja dotarła na miejsce, zanurzyła się w wodzie, pozostawiając za sobą tylko fale i wspomnienie o niezwykłym spotkaniu.

dla Kasi

tekst wygenerowany przez AI przy pomocy Ewy Damentki

Koperta z ważnymi dokumentami – 35

Koperta z ważnymi dokumentami zsunęła się i spadła za komodę. Mężczyzna pilnie jej potrzebował. Z trudem odsunął więc ciężki mebel od ściany i znieruchomiał ze zdziwienia. Zobaczył małego pingwina w garniturze, który siedział tam z laptopem i kubkiem kawy. Pingwin spojrzał na niego zaskoczony.

– Przepraszam, że przeszkadzam – powiedział mężczyzna, – ale potrzebuję tej koperty.

Pingwin westchnął i zamknął laptopa.

– Zawsze ktoś coś potrzebuje – mruknął. – Ale dobrze, pomogę ci. Tylko najpierw musisz mi pomóc z moim raportem.

Mężczyzna, nie mając wyboru, zgodził się. Pingwin podał mu laptopa i wskazał na ekran.

– Musisz napisać analizę rynku dla mojej firmy. Mamy problem z konkurencją w sektorze ryb.

Mężczyzna, choć zaskoczony, zaczął pisać. Po kilku minutach oddał laptopa pingwinowi.

– Gotowe – powiedział.

Pingwin przeczytał raport i pokiwał głową z uznaniem.

– Dobrze, dobrze. Masz talent. Oto twoja koperta.

Wyciągnął kopertę zza komody i podał ją mężczyźnie.

– Jeszcze jedno – dodał pingwin, – następnym razem, gdy coś zgubisz, może po prostu zapukaj. Mam tu swoje sprawy do załatwienia.

Mężczyzna uśmiechnął się i podziękował pingwinowi.

– Obiecuję, że następnym razem zapukam. Dziękuję za pomoc!

Pingwin wrócił do swojego laptopa i kawy, a mężczyzna z kopertą w ręku odszedł, zastanawiając się, jakie jeszcze niespodzianki kryją się za jego meblami.

tekst wygenerowany przez AI przy pomocy Ewy Damentki

Ciche jezioro – 9

Ciche jezioro drzemało w głębi gęstego lasu. Czasami budziło się i wsłuchiwało w odgłosy puszczy, w rozmowy zwierząt oraz drzew, mchów, grzybów i paproci. Potem znów zasypiało i znów się budziło, żeby dostrzec odbicie księżyca na swojej powierzchni – niezwykłe, tajemnicze, jakby należące do innego świata.

Pewnej nocy, gdy mgła leniwie unosiła się nad wodą, do brzegu podeszła Kasia. Jej kroki były ciche, a dłonie pełne ciepła. Jezioro znało ją dobrze, choć ona nigdy wcześniej tego nie zauważyła.

Usiadła na starym, omszałym pniu, wpatrując się w spokojną taflę wody. Nie wiedziała jeszcze, że tej nocy jezioro nie tylko ją słucha, ale też do niej przemówi. Delikatne fale musnęły brzeg, a wiatr przyniósł szept, a może to był tylko jej własny umysł, igrający z wyobraźnią?

– Kasiu- zdawało się mówić jezioro, – czy pamiętasz te marzenia, które zostawiłaś tu dawno temu?

Dziewczyna zmarszczyła brwi, przyglądając się refleksom na wodzie. I nagle przypomniała sobie wszystkie wieczory spędzone przy tym jeziorze, wszystkie życzenia, które w myślach wypowiadała, wszystkie sekrety powierzane wiatrowi.

Tym razem nie musiała mówić nic, bo zrozumiała, że jezioro znało jej marzenia lepiej niż ktokolwiek inny. I tej nocy, gdy Kasia zamknęła na chwilę oczy, poczuła ciepły dotyk wody na dłoni – nie wilgoć, lecz coś więcej. Jakby wspomnienie dawnych snów, które wciąż czekały, aby się spełnić.

dla Kasi

tekst wygenerowany przez AI przy pomocy Ewy Damentki